08:10

Rodzicielskie carpie diem


Piątkowy poranek. Pracuję, w domu. Na pierwszym planie kolejno: wyjący komputer (poziom hałasu adekwatny do liczby otwartych przeglądarek i aplikacji), po lewej kupa papierów i notatnik, po prawej kolejne papiery, zużyte baterie, krem i wiele, naprawdę wiele innych rzeczy. Trochę boję się rzucić okiem dalej – bo co zobaczę? Na kanapie sterta dziecięcych zabawek przemieszana z Menżowskimi kablami, słuchawkami i myszką. Na krzesełku do karmienia otwarty segregator, do którego już nie sposób zmieścić kolejnych koszulek. Za nim sięgająca już mojego nosa kupa dziecięcych ubrań do posegregowania. Na komodzie Izowe pranie oczekujące na włożenie do odpowiednich szuflad. Telefon dzwoni, maile wpadają. Lista zadań rośnie. Dziś prawdopodobnie znowu zapragnę w okolicach 14:00, aby była 7:00 i żebym zdążyła się odkopać przynajmniej z połowy zadań. I ponownie muszę uruchomić moje rodzicielskie carpe diem, bo bez niego po prostu oszaleję.



Od kilku miesięcy mam wrażenie, że nieustannie przysypuje mnie cała masa rzeczy do zrobienia „na już”, „na wczoraj”, „ASAP” itd. I to w każdej dziedzinie życia: w pracy, w szkoleniach, w domu, w pisaniu bloga – bo na pewno zauważyliście kilka miesięcy totalnej posuchy w nowych wpisach. No cóż, spójrzmy prawdzie w oczy – zwyczajnie nie wyrabiam.

Próbowałam już wielu sposobów. Robiłam listy w planerze – takie na dziś i takie na jutro. Przepisywałam rzeczy niezrobione, aby wywołać wyrzuty sumienia. Chyba nie mam sumienia, bo wyrzutów też nie było. W pewnym momencie zabrakło już nawet miejsca na przepisywanie zaległości, a i pisać tyle mi się nie chciało.

Przeanalizowałam swój tryb dnia, z nadzieją, że gdzieś może marnotrawię cenne minuty na pierdoły. I co wyszło? Że owszem, marnotrawię, ale tylko tyle, żeby zachować cień higieny umysłowej i przez łącznie jakąś godzinę dziennie się dochamić głupią gierką na komórce lub czytając pierdoły w Internetach. Nie mam już wielogodzinnych sesji na konsoli, nie czytam tonami książek, nie oglądam seriali ani filmów. Nic. Ledwo ogarniam część  absolutnie niezbędnych sprawunków – a i tak nie opuszcza mnie (zwykle słusznie) wrażenie, że znowu coś jeszcze jest do zrobienia.

Momentami wpadam w odrętwienie – gdy w mojej głowie pojawi się całościowy obraz rzeczy do zrobienia, do głosu dochodzi narastająca panika. Rośnie sobie ona całkiem samowolnie, kompletnie nie czując skrupułów, ani empatycznej woli porozumienia ze swoim nosicielem, czyli ze mną. Aby lepiej pokazać swą wszechwładność do pomocy ściąga pomocników: strach, nerwowość, szybsze bicie serca, siódme (a pewnie i ósme, dziewiąte i dziesiąte) poty. I tak cała ta banda pastwi się nade mną uświadamiając w pełnej krasie, jak bardzo w czarnej d*pie się znajduję.

Jak do tej pory odkryłam tylko jeden skuteczny sposób na takie sytuacje – i nazwałam go na własny użytek „rodzicielskim carpe diem”. Tak, skojarzenia z twórczością Horacego jest jak najbardziej słuszne. Tyle, że o ile oryginał zachęcał do życia chwilą, korzystania z okazji i nie przejmowania się przyszłością, tak dla mnie ma to zupełnie inny wymiar.

Dla mnie to carpe diem oznacza po prostu skupienie się na jednej rzeczy na raz. Tak totalnie, z klapkami na oczach. „Chwytam dzień” z przekąsem bo wiem, że szersze spojrzenie znowu zepchnie mnie w objęcia drętwego strachu, że nie podołam, nie zdążę, zawalę. Żyję chwilą bieżącą, staram się nie patrzeć w przyszłość pod kątem rosnącej check listy. Że niby nie perspektywicznie, że nie planuję i tak bez strategii? A ugryź się w tyłek, przemiły krytykancie. Jak już stanę na szczycie odhaczonych zadań i z satysfakcją spojrzę na ogrom pracy rąk własnych – splunę Ci na głowę, co na pewno niewątpliwie mnie ucieszy.

Bo o radość tu także chodzi. Gdy tak bez szerszego spojrzenia skupiam się tylko na tym moim małym „tu i teraz”, jakże radośnie witam koniec zadania! Bo metodologia jest jedna: siadam, biorę „coś” pierwsze z brzegu – a brzeg jest obfity – i po prostu zaczynam to robić. W większości przypadków w trakcie pojawiają się nowe aspekty. Każdy z nich zapisuję sobie osobno w planerze – w osobnych punktach – i odhaczam każdą, nawet najmniejszą czynność. Czyli dla przykładu: gdy mam do opłacenia rachunki nie piszę „opłacić rachunki”, ale „opłacić czynsz”, „opłacić kablówkę” czy „opłacić telefon”. Bo realizacja trzech zadań zawsze smakuje lepiej, niż zrobienie jednego. Że niby marnuję czas na zapisy i miejsce na rozdrabnianie się? A być może. Grunt, że mi to pomaga.

Nawet nie wiecie, jak to cieszy i podnosi samopoczucie, gdy coś uda się odznaczyć. Gdy tak lista zapełnia się ptaszkami, poczucie sprawstwa i panowania nad rzeczywistością naprawdę rośnie – i o to chodzi. Tylko dzięki temu jeszcze nie popadłam w całkowitą niemoc i codziennie podejmuję kolejne żmudne wysiłki, aby jakoś to wszystko ogarnąć.

Walka trwa!

Copyright © 2017 Mama Size