03:15

Rodzicielstwo to nie jest sport dla starych ludzi


Ból pleców po wstawaniu z łóżka czy kanapy, nawracający ból głowy, obniżona koncentracja, częściej popełniane drobne błędy, niższa zdolność intelektualna, gorsza jakość wykonywanych czynności, obniżona odporność skutkująca ciągłym przeziębieniem, przechodzącym momentami w poważniejsze infekcje – nie, to nie lista schorzeń  przeciętnego emeryta, ale moje bolączki od ponad roku. Bo chociaż świat próbuje nam wmówić, że matką można zostać kiedy bądź, to osobiście czuję się już trochę za stara na małe dziecko. Zapraszam.



Jeszcze przed urodzeniem Izu otoczenie irytowało nas ciągłymi uwagami w stylu „ooooo, to teraz się już nie wyśpicie”. Pomijam kwestie straszenia oczywistościami – bo chyba każdy w miarę rozgarnięty człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że dziecko kończy okres beztroskiego zarządzania swoim lenistwem. I tak nikt nie jest w stanie ogarnąć skali sprawy z samego opisu, a dopiero czegoś doświadczając, ciosanie więc kołków na bezdzietnej głowie naprawdę niewiele daje. Bardziej skupiłabym się na tym, jak budowana jest wizja tego okresu rodzicielskiego męczeństwa i poświęcenia – ano głównie wszystko skupia się na okresie niemowlęcym. Że trzeba wstawać w nocy bo mokro, bo głodne, bo ma kolki itd. Nie bardzo słychać głosy na temat tego, że ten stan może trwać latami – a dowiadujemy się o tym dopiero gdzieś w rodzicielskich kuluarach, gdy w trakcie rozmów z innymi mamami i tatami pada słynne „ja to nie przespałem/łam od ..... (tu wstaw odpowiednio: dwóch, trzech lub czterech) lat jednej całej nocy”. Bam!

I żeby nie było, że cieniara, nie wyśpi się kilka nocy i marudzi. Przez pierwsze pół roku było naprawdę ok, bo nasze zaledwie czteromiesięczne dziecko potrafiło przespać ciurkiem sześć lub siedem godzin. Natomiast od kilku miesięcy nie dość, że przeciętnie zasypia pomiędzy 21:00 a 22:00, a przed tym albo biega jak na amfetaminie, albo jęczy ze zmęczenia (a jednocześnie spać nie chce, każdy rodzic zna ten stan), to w nocy mamy co najmniej jedną pobudkę – i ostateczną około 5:30. Ja i tak mam super dobrze, jako że nocne wstawanie w ogromnej większości ogarnia Monż i to on dzierży palmę pierwszeństwa w zawodach na rodzicielski przegryw roku. Ale co z tego, kiedy suma summarum nie wysypiamy się oboje – i to non stop od kilku miesięcy.

Prawda jest taka, że czuję się już za stara na małe dziecko. Po ponad roku zmagań z ukochanym małym człowiekiem czuję wyraźne ubytki w siłach intelektualnych oraz fizycznych. Matka Natura jest mądrzejsza od nas, współczesnych matek po 30-tce i pewnie śmieje się do rozpuku, gdy po raz kolejny wstajemy z łóżka trzymając się za bolące plecy lub próbujemy skupić się nad zapamiętaniem prostego tekstu.

Dużo trudniej jest się zregenerować w wieku 34 lat, niż dziesięć lat wcześniej. To tak jak z imprezowaniem: w okolicach studiów można niedosypiać przez okrągły tydzień, a rano i tak wstać na zajęcia. Teraz nie dość, że w klubie zasypiamy około 23:00, to po kacu dochodzimy do siebie kolejne dwa dni.

Dlatego jak słyszę, że ktoś radośnie planuje dużą rodzinę, nie urodziwszy powyżej 30-stki jeszcze nawet jednego dziecka, to trochę się śmieję, trochę współczuję, a trochę czekam na wrażenia po kilku miesiącach odchowania pierwszego malucha. Bo owszem, można mieć niemowlę w zasadzie tak długo, jak biologia nam na to pozwala – wszystko teoretycznie można. Tyle, że jakość tego późnego rodzicielstwa pod wieloma względami będzie gorsza.

Bo każdy rodzic ma pierwszy okres radosnej euforii, w której popyla na skrzydłach adrenaliny, tyle, że ten czas się kiedyś wyczerpie. I szczególnie wtedy, gdy kończy się urlop macierzyński, a dziecko absolutnie nie przestawia się jak w zegarku na to śpiące i bardziej samowystarczalne, jest trudno.

Dużo mówi się o wychowaniu dziecka w kontekście intelektualnym – że dobra szkoła czy przedszkole, metody wychowawcze takie czy inne, że książki, muzyka itd. Mało natomiast słyszymy o tym, że rodzicielstwo to także ciężka praca fizyczna, która wymaga noszenia ciężarów i bycia na ciągłym stand by-u. To gigantyczny wysiłek doprowadzający nasz organizm momentami  do punktu, w którym boli każdy mięsień, każda kończyna, a mimo to trzeba wstać i wyciągnąć awanturującego się malucha z piaskownicy metodą „na worek kartofli” – bo nikt inny za nas tego nie zrobi. Że ze względu na to narastające wycieńczenie częściej chorujemy i nasza aktywność mocno maleje, dobijając momentami do poziomu „zrobić-absolutne-minimum-potrzebne-do-przeżycia”. Bez sprzątania, prasowania czy rozrywek intelektualnych, bo nagle przestają być ważne.

I właśnie ze względu na całe powyższe – im szybciej, tym lepiej.

Copyright © 2017 Mama Size