05:51

Prywatna opieka medyczna - czy to się opłaca?


Ręka do góry kto był z ruchliwym ponad roczniakiem (lub starszym maluchem) w przychodni i czekał ponad godzinę? I jak, fajnie było? Nie wątpię.
Ja miałam tę przyjemność wczoraj. Młoda po pół godzinie bajerowania wszystkich dookoła postanowiła z nudów poprzestawiać krzesełka. U lekarza na popołudniowej zmianie nie było numerków, tylko stara dobra kolejka (tak, to był sarkazm). Dodam, że pan doktor spóźnił się 20 minut, więc będąc siódme w kolejności na wizytę czekałyśmy półtorej godziny. Miodzio.
Muszę przyznać, że od kiedy z Izą jesteśmy u lekarzy stałymi bywalcami coraz przychylniej patrzę w stronę prywatnej opieki zdrowotnej. Bez kolejki, na konkretną godzinę, nie wisząc godzinami na telefonie. Dlatego dziś chciałabym Wam zaprezentować własne spostrzeżenia oraz kryteria, jakimi będę się kierować wybierając dla odpowiednie rozwiązanie dla naszej rodziny. Zapraszam.



Jest kilka rzeczy, które naprawdę irytują mnie w publicznej służbie zdrowia. Po pierwsze to, że większość przychodni nie może do tej pory ogarnąć własnych stron internetowych, na których wrzucą informacje dotyczące chociażby dostępności lekarzy – o internetowych zapisach już nie wspomnę. Przecież gdyby gdzieś były aktualne informacje przedstawiające, który lekarz gdzie pracuje i o której, to samych telefonów do przychodni byłoby mniej. To raz.

Dwa, to brak realnych dyżurów popołudniowych. Dla przykładu: młoda zaczyna kaszleć, ale nie wiadomo, czy to po prostu lekki kaszel czy już coś poważnego. Dla świętego spokoju chcemy jechać i osłuchać i żeby to zrobić ktoś musi zawalić dzień roboczy. Bo od rana się trzeba dodzwaniać i realnie mamy wizytę gdzieś pomiędzy 9:00 a 10:00 – albo i później, zależy jak się uda umówić i który lekarz jest dostępny. Do domu wracamy najwcześniej około 11:00, nie ma więc mowy o odstawieniu Izy do żłobka, ani powrotu do pracy. Teoretycznie można podejść do pediatry pomiędzy 15:00 a 17:00, ale jeśli ktoś pracuje do 16:00, to nie zdąży. No i na bank będzie dwie godziny poza domem, jak wczoraj.

Kilka tygodni temu, jeszcze będąc pod opieką prywatnego ubezpieczenia, pojechaliśmy do przychodni płatnego operatora. I chociaż praktycznie całą ciążę chodziłam tam na badania, to i tak uderzyło mnie kilka rzeczy. Przede wszystkim ładne, czyste, kolorowe pomieszczenia i przyjemne dla oka otoczenie. Nie odrapane dziecięce zabawki, ale kolorowe meble dostosowane do najmłodszych pacjentów. Poza tym możliwość umówienia się nawet przed godziną 19:00 – na konkretną godzinę, z ewentualnie lekkim poślizgiem. Wyraźne odizolowanie kaszlących pacjentów od tych, którzy przyszli zdrowi po poradę do specjalisty. Dzieci zdrowe w ogóle miały swoje osobne wejście, a nie tylko wydzieloną część korytarza – po której chore i tak pomykają.

Że to niby luksusy? Hmm, być może, chociaż coraz częściej patrzę na takie warunki w kategoriach, że skoro prywatni mogą, to dlaczego nie państwowi. Nie mówię o turbo luksusach i wodotryskach, ale zwykłym remoncie i nowych standardach obsługi pacjenta. O tej stronie internetowej, umawianiu na godziny, dostępności telefonicznej i dyżurach popołudniowych. Różnica, wydaje mi się, jest jedna: prywatnym się chce, bo muszą przyciągnąć do siebie pacjenta, a tym z kontraktem NFZ się nie chce, bo po co? Przecież pacjent gdzieś iść musi. Bo nadal w naszych głowach panuje przekonanie, że ta nasza publiczna służba zdrowia jest bezpłatna – a nic bardziej mylnego.

No bo odpowiedzcie sobie na pytanie – ile wydaliście w ostatnich latach na prywatne wizyty? Jeśli macie tak komfortową sytuację, że chodzicie bez kolejek do kompetentnych specjalistów i Wasza przychodnia zawsze ma terminy – to super! Statystyki wskazują jednak, że niewiele osób ma taki luksus, aby w ramach ubezpieczenia NFZ, na który idą przecież niemałe pieniądze, czekamy tygodniami i miesiącami na głupią wizytę u ginekologa czy okulisty. Ba, do dobrego specjalisty nawet prywatnie trzeba poczekać. Przyzwyczajeni do tej ogólnej bylejakości, bo przecież zawsze tak było, nie zmieniamy swojej sytuacji na lepsze. A powinniśmy – i tu takim lekkim prztyczkiem w nos publicznej służby zdrowia może być system prywatny.

Zwykle największą przeszkodą w zamówieniu pakietów prywatnej opieki medycznej są pieniądze. Wydaje nam się, że taniej będzie zapłacić za wizytę jednorazowo, niż zobowiązywać się co miesiąc do opłacania comiesięcznego abonamentu. Problem w tym, że często na tej „jednej wizycie” się nie kończy i ostatecznie wydamy na leczenie o wiele więcej.

Przeanalizujemy przykładową sytuację. Załóżmy, że w jednym roku kalendarzowym wybieramy się do ginekologa, okulisty i laryngologa. Optymistycznie załóżmy dwie wizyty u każdego lekarza – na diagnostykę i późniejszą kontrolę. Przeciętnie wizyta u specjalisty – czyli porada plus wykonanie podstawowych badań lub zabiegów – to koszt około 150 zł. Czyli razem 900 zł. Do tego zdarzają się dodatkowe badania, które niekoniecznie będą refundowane przez NFZ. Kwoty mogą być bardzo różne – dla uśrednienia posłużę się wyliczeniami jednej z firm, której wyszło, że w 2015 roku przeciętny Polak wydał na leczenie prywatne ponad 1000 zł (dokładnie 1026 zł).

A jeśli moglibyście mieć dostęp do tych lekarzy w cenie około 60 zł miesięcznie? I to bez skierowań i kolejek? Takie propozycje dają niektóre firmy zajmujące się kompleksową pomocą w opiece medycznej – i te oferty właśnie analizuję pod kątem własnej rodzinnej potrzeby.

W kolejnym artykule przedstawię Wam czym ja się kieruję w wyborze. Póki co możecie zapoznać się z propozycją jednej z firm klikając w link poniżej. A jeśli macie własne polecenia w tym temacie – piszcie.




Copyright © 2017 Mama Size