06:58

Granice władzy i granice nadziei


Tym razem będzie w miarę krótko, bo temat nie bardzo potrzebuje szczególnych rozwinięć. Od kilu dni, podobnie jak setki tysięcy osób na całym świecie, śledzę sprawę Alfiego Evansa, który zmarł wczoraj. Jako rodzic codziennie, godzina po godzinie, myślę o tej obcej dla mnie rodzinie, której sytuacja jest dla mnie tak absurdalnie straszna, że aż niepojęta. Nie rozumiem, jak w obliczu jakiejkolwiek nadziei na poprawę losu małego człowieka można zamknąć mu tę drogę. Kto rości sobie ostateczne prawo do decydowania o tym, co jest dla dziecka lepsze, a co gorsze. W tej sprawie wciąż mamy zbyt dużo pytań, zbyt wiele domysłów i za mało odpowiedzi. Zapraszam.



Najpierw emocje. Napisać, że pęka mi serce, będzie trochę nie na miejscu. Jako rodzic silne współodczuwam to, co się dzieje, bo w każdym ujęciu małego Alfiego widzę moje własne dziecko. To naturalny mechanizm, który pozwala gatunkowi dbać wspólnie o potomstwo. Tak to już jest biologicznie uwarunkowane, że stado troszczy się o ogół maluchów. Całkowicie gratis przyszło wiadro złości, frustracji i niemocy – nie mogę pojąć, jak bardzo można wtłoczyć człowieka w mechanizm bezdusznego systemu, który odbiera kawałek po kawałku nadzieję, na koniec w milczeniu przyglądając się dziecięcej agonii. Nie rozumiem tej bezduszności, nadmiernego przywiązania do litery prawa i całkowitego braku zwykłego, ludzkiego współczucia i chęci pomocy. Po prostu nie rozumiem.

Po drugie – prawo. Sprawa Alfiego Evansa stawia pytanie o granice władzy rodzicielskiej. Jestem zdania, że jakieś granice powinny być. Dziecko nie jest niczyją własnością i zarówno rodzice, jak i państwo, powinni współdziałać w celu jego ochrony i jak najlepszego rozwoju. Zdarza się, że rodzic swoim zachowaniem może doprowadzić do krzywdy malucha i wtedy trzeba interweniować. W tym konkretnym przypadku to sąd i lekarze zadecydowali za rodziców kiedy dziecko ma zakończyć swoje życie. I chociaż pojawiła się inna placówka oferująca pomoc, to tej opcji nie pozwolono rodzicom wykorzystać. I wiecie co – to jest tu chyba najgorsze. Bo gdyby pozwolono zabrać chłopca do Włoch i tam by potwierdzono diagnozę, to sprawy by nie było. Owszem, byłoby nam smutno, ale historia nie nabrałaby aż takiego echa i wymiaru teorii spiskowej.

Po trzecie – teorie spiskowe. Wystarczy wejść na jakąkolwiek stronę, aby przeczytać niezliczoną ilość teorii, wskazujących na utajnione powody takiej, a nie innej strategii zastosowanej przez brytyjski sąd oraz lekarzy. Dodając do tego szczyptę dezinformacji, mamy wybuchową mieszankę podburzającą społeczności na całym świecie. Nie mamy za to możliwości zweryfikowania czegokolwiek, więc wyjaśnienie po raz kolejny z poziomu rzetelnej wiedzy przeniesie się na poziom wiary. Chociaż trzeba przyznać, że fakt, iż w sprawie, poza Watykanem, nie zabrał głosu żaden przedstawiciel ważnej organizacji czy polityk, może wyglądać podejrzanie – tym bardziej biorąc pod uwagę skalę rozgłosu.

Po czwarte – wizerunek. Nie oszukuję się i wiem, że globalnie sprawa Alfiego pewnie niewiele zmieni. Założę się jednak, że dla wielu osób już na zawsze trzecie royal baby będzie się kojarzyło z małym, nikomu wcześniej nieznanym chłopcem, który walczył o życie jeszcze pięć dni po odłączeniu od aparatury podtrzymującej oddech. Bo krążącego po sieci zestawienia uśmiechniętej księżnej Kate po narodzinach dziecka z mamą Alfiego obejmującą umierającego synka, nie mogli wymyśleć nawet najlepsi pisarze podejmujący tematykę losu angielskiej biedoty.

Naprawdę nie pojmuję tego, co się stało. Jest mi niesamowicie smutno, że rodzinie nie pozwolono skorzystać z ostatniej nadziei na zmianę losu – bez względu na finał. To jest po prostu nie do wybaczenia. Mam nadzieję, że osoby tak łatwo ferujące wyroki zostaną kiedyś za nie rozliczone – w ten czy inny sposób. Trzymam za to kciuki.


Copyright © 2017 Mama Size