02:31

Ratunku, moje dziecko nie chce jeździć w wózku!


Tym razem swoje słowa kieruję do wszystkich rodziców zmagających się z wrzaskami potomka jadącego wózkiem. Niech to będzie pokrzepienie dla tych, którzy z zazdrością i nutą nienawiści patrzą na słodko śpiące w gondolach bobasy lub ciekawie wyglądające ze spacerówek starsze dzieciaki, wciągające chrupki lub soczki. Dla tych, którzy widzą ogromną bujdę na resorach w tych wszystkich filmach i reklamach, w których dzieci na spacerach głównie śpią. W końcu dla tych, którzy na samą myśl o kolejnym spacerze wzdychają, podnosi się im ciśnienie, pocą dłonie i pojawia nieodłącznie poczucie rezygnacji. Jestem z Wami, bo jestem jedną z Was. Przez cały rok spacery, w trakcie których nie było awantury mogę policzyć na palcach jednej ręki. Na końcu tekstu małe światełko w tunelu. Zapraszam.



Dzieci wozić na spacery trzeba, to nie podlega dyskusji. Co jednak, jeśli dziecko tych wypraw w wózku po prostu nie toleruje? Jeśli czytaliście moje dwa wcześniejsze wpisy na temat przesiadek z gondoli do spacerówki (dostępne tutaj i tutaj) to wiecie, że nasza Iza niekoniecznie lubi jeździć wózkiem – przy czym „lubi” to eufemizm. Wierci się, prostuje i ryczy. Nie lubi też jazdy samochodem, ale o tym napiszę osobno. Praktycznie od samego początku mieliśmy – a raczej ja głównie miałam, bo jednak będąc na macierzyńskim to ja odbyłam ogromną większość spacerów z małych wrzaskunem – spory problem ze spacerami, na których młoda się po prostu darła. Nie, nie płakała, ale darła się wniebogłosy.

Na etapie gondoli bywały krótkie okresy karencji – maksymalnie 20 minutowe – kiedy pozwalała się wozić. Po tym czasie nie było okresu przejściowego z uroczym kwileniem, w trakcie którego można by szybko wrócić do domu – od razu pełną parą dziecko wrzeszczało. Wpadliśmy na to, żeby trasę spaceru zmienić na taką, na której będą drzewa, aby mała mogła się im przyglądać. Owszem, poskutkowało, ale na trochę. Podnoszenie wyżej głowy, podkładanie dodatkowych kocyków, zawieszanie zabawek – nic nie skutkowało. Mieliśmy nadzieję, że przesiadka na spacerówkę pomoże – owszem, ale też na krótko. Nie sprawdziła się zasada, że jak dziecko siedzi, to i spacery są przyjemniejsze.

Sprawy nie ułatwiaj też fakt chodzenia na spacer w czasie drzemki, ponieważ nasze dziecko nie miało nigdy stałych pór drzemek. Jedyna mikro prawidłowość była w okresie letnim, kiedy wychodziliśmy na spacer przed upałami – wtedy czasem przespała na spacerze pół godziny, czasem dwie i pół i wtedy można było pospacerować.

Przez kilka miesięcy przerobiliśmy wszystkie znane nam sposoby na zapobieganie wrzaskom: zmiana wysokości głowy/tułowia, zmiana tras spacerów, jazda przodem/tyłem do kierunku jazdy, śpiewanie, mówienie, zabawki grające/piszczące/bezdźwięczne, jedzenie, picie, podkładki pod głowę/całe ciało, zmiana tempa na szybsze/wolniejsze, zmiana chodnika na bardziej/mniej dziurawy i inne. Nic nie działało na stałe – nie było reguły na żadną z metod. Zwykle schemat był ten sam: jeśli zasnęła, to po przebudzenia miałam kilka minut na powrót do domu, jeśli nie zasnęła, to daleko nie zaszłam.

Możecie sobie pomyśleć – co za problem, trzeba było chodzić dookoła domu. No tak, niby mogłabym, ale czy zakupy i miliony sprawunków zrobią się same? Poza tym życzę powodzenia w chodzeniu rok dookoła bloku, serio.

Efekt takiego stanu rzeczy był jeden: po kilku miesiącach byłam kłębkiem nerwów i najczęściej ze spaceru wracało wrzeszczące dziecko i wrzeszcząca matka. Byłam sfrustrowana, wkurzona, chciało mi się płakać z bezsilności. Zaczęło się błędne koło – już na etapie wychodzenia na spacer, nauczona wcześniejszymi doświadczeniami spodziewałam się najgorszego, młoda to czuła i zaczynała się nerwówka. Oczywiście starałam się programować na spokój, tyle, że każdy nowy płacz powodował dodatkową falę wściekłości.

Najbardziej wkurzające były teksty typu „Płacze? Naaaaprawdęęęęęęę???? Bo mój syn/córka/wnuczka/wnuczek/dziecko koleżanki/niemowlak na reklamie to uwielbia jeździć!!!! Przesypia cały spacer!” Serio? No i jak ta informacja pomaga sfrustrowanej matce, dla której codzienny spacer to desperacka walka o wietrzenie kłopotliwego potomka?

Nie pomagał też Monż, którego o wiele rzadsze spacery kończyły się płaczem połowicznie. Siła statystyki, ale i tak słyszałam: „no ze mną nie płacze”.

Jedyny sposób, który pomógł – ale dopiero w okolicach 10 miesiąca – było zatkanie młodej chrupkami na kilka krótkich minut. Metoda działała mniej więcej przez pięć chrupek, potem znowu był ryk. Doszło do tego, że wypuszczałam się w okoliczne tereny i gdy zaczynały się awantury dawałam Izu chrupkę i w długą do domu. Tym sposobem zaczęłam odmierzać odległości i czas w chrupkach. Pięć chrupek od domu – ok, dalej może być kłopotliwie.

Prawdziwa zmiana zaszła dopiero, gdy mała zaczęła chodzić, czyli przed skończeniem roku. Magicznym sposobem nowe możliwości  spowodowały, że siedzi w wózku i w końcu zachowuje się jak inne dzieci – rozgląda się, wychyla, zaczepia ludzi, gada do psów i kotów. Fakt, że od kiedy chodzi używamy też wózka dużo mniej. Na spacer wychodzimy niedaleko domu i młoda porusza się głównie o własnych siłach. Być może ta nowa równowaga bardziej się jej podoba.

Dlatego jeśli właśnie przechodzicie koszmar spacerowych dramatów pamiętajcie – wszystko jest przejściowe. Wiem, że to trudne, sama przez to przeszłam. Olejcie głupie komentarze, wykrzyczcie się, jeśli musicie – byle nie na dziecko, bo ono naprawdę nie rozumie o co chodzi. Jeśli możecie poproście o pomoc – może niech ktoś czasem wyręczy Was od tych nieszczęsnych spacerów. Może idźcie na spacer w towarzystwie? Pomyślcie sobie, że za kilka miesięcy to minie i maluch będzie z radością eksplorował otoczenie.

Niech moc cierpliwości będzie z Wami.

Copyright © 2017 Mama Size