11:49

Karmienie naturalne a karmienie mlekiem modyfikowanym - subiektywnie

Dziś w ramach mini podsumowania artykułów o praktycznych aspektach karmienia mlekiem modyfikowanym odniosę się do jednego z wpisów na znanym blogu – wpisu porównującego karmienie piersią do karmienia MM. Chociaż zgodnie z deklaracją autorki tekst ma być obiektywny ma pokazywać rzeczywistość tej drugiej metody, to osobiście uważam, że większość informacji w nim zawartych jest bzdurą i wyolbrzymianiem. Przedstawię Wam mój punkt widzenia bezpośrednio odnosząc się do zarzutów oraz moich wcześniejszych wpisów. Tekst będzie głównie o ekonomicznym aspekcie karmienia. Zapraszam. 



Pierwszym zarzutem stawianym przez autorkę jest problem z wyborem mleka i bezpośrednie powiązanie tego z dużymi wydatkami. Tutaj trochę się zgodzę, a trochę nie. Jeśli chodzi o sam wybór, to niekoniecznie trzeba kupować od razu wielkie puszki za ponad 50 zł. Owszem, na rynku jest mnóstwo rodzajów MM i nie wiadomo do końca, co naszemu dziecku podpasuje. Faktem jest jednak, że większość mieszanek ma małe opakowania, które kosztują od kilkunastu do 25 zł. Problem jest o wiele mniejszy, gdy przechodzimy na mleko następne. O ile w Polsce mamy zakaz promowania mleka początkowego, tak z kolejnymi numerami nie ma już tak restrykcyjnych przepisów i bez problemu można uzyskać próbki. Sama wielokrotnie dostawałam saszetki Enfamilu, które później idealnie przydawały się na spacerze. Większość producentów daje także możliwość zamówienia kilku próbek swoich produktów i każdy rodzic może je otrzymać bezpłatnie. 

Zgodzę się z zarzutem, że karmienie MM jest kosztowne. My akurat używaliśmy (i nadal używamy, tyle, że rzadziej) mleka Enfamil, najdroższego na rynku. Żeby nie było, że burżuje - przypisano nam je odgórnie w szpitalu i ponieważ się przyjęło nie chcieliśmy kombinować. Przez pierwsze cztery miesiące zużywaliśmy pięć lub sześć pudeł (po 1200 g) po około 75 zł na miesiąc. Pamiętajmy, że w Polsce jest zakaz przecen dla mleka początkowego - nie znajdziecie nigdzie żadnej promocji na mleka z numerem 1. To tak w ramach promowania dzietności i inne takie. 

Od czwartego miesiąca zużywaliśmy jedno pudło mniej, ponieważ zaczęliśmy rozszerzać dietę. Od szóstego miesiąca było jeszcze lepiej, bo nie dość, że posiłków mlecznych było jeszcze mniej, to na dodatek mogliśmy już polować na promocje – a te były spore, można było zaoszczędzić nawet 15 zł na opakowaniu. Po skończonym półroczu Iza zjadała jakieś trzy pudła miesięcznie. Od siódmego miesiąca starczały nam dwa pudła, a potem kupowaliśmy już mniejsze opakowania. Po ukończeniu roku wydajemy na mleko maksymalnie 150 zł miesięcznie. 

Drugim zarzutem jest problem z wyborem butelki. Owszem, nie zawsze dziecku przypadnie do gustu konkretny smoczek - jeśli czytaliście ten wpis to wiecie, że warto na początek kupić jedną butelkę od danego producenta, a nie od razu kilka, bo można wtopić. Tyle, że tutaj też bym nie przesadzała. O butelkę konkretnej firmy można poprosić znajomych, którzy chcą coś maluchowi przynieść, a najczęściej nie wiedzą, co jest nam potrzebne. Jest mnóstwo akcji promocyjnych na stronach producentów - jak chociażby Blogosfera Canpolu, w której sama wielokrotnie brałam udział - w których można za darmo dostać butelki i inne gadżety dziecięce do testowania, co de facto oznacza, że używamy ich dożywotnio. Wymiana smoczków raz na kilka miesięcy też nie jest olbrzymim wydatkiem – jeden szmoczek kosztuje od kilku do kilkunastu złotych, w skali innych wydatków dziecięcych naprawdę ginie. 

Mycie i wyparzanie butelek też nie jest tragedią. Żeby się nie powtarzać odwołam się do tego wpisu pokazującego całą manufakturę. Jeśli zorganizujemy sobie dobrze cały proces i na bieżąco będziemy myć butelki, a potem tylko je wyparzać, to naprawdę nie jest to aż tak pracochłonne. Owszem, najlepiej jest zakupić sterylizator - używany to koszt maksymalnie 50 zł (na potrzeby tego wpisu przejrzałam oferty i można dostać porządny używany wyparzacz nawet za kilkanaście złotych). Należy pamiętać, że używanie sterylizatora znacznie oszczędza czas, wodę i prąd. 

Kolejnym zarzutem ma być konieczność podgrzewanie wody. Również się nie zgodzę z tym, że to jest pracochłonne. Owszem, nakarmienie dziecka piersią technicznie będzie łatwiejsze (pod warunkiem, że mamy czym i że samo karmienie idzie dobrze), ale przygotowanie MM nie jest jakimś aktem cyrkowym. Ja akurat na to nie wpadłam, ale sporo mam na noc trzyma wodę w termosie i jeśli jest potrzeba po prostu odmierza porcje. Naprawdę nie trwa to wieczności - przy odrobinie wprawy maks 3 minuty.  

Następnym zarzutem zniechęcającym do karmienia MM jest potrzeba wynoszenia ze sobą na spacer całego zaopatrzenia. Czyli jak karmimy piersią to wychodzimy bez niczego? Serio, chciałabym zobaczyć mamę karmiącą naturalnie, jak wychodzi z dzieckiem bez żadnej torby. My na spacer zabieramy ze sobą butelkę z wodą w termoopakowaniu i małe opakowanie mieszanki. Owszem, zajmuje to trochę miejsca, ale jest zaledwie połową tego, co poza tym trzeba ze sobą zabrać. 

I niewątpliwie możliwość nakarmienia dziecka z butelki jest wygodniejsze. Wszyscy znamy chyba głośne historie o tym, że kobiety były wypraszane z miejsc publicznych – absolutnie nie pochwalam takiej postawy, chcę tylko wskazać, że karmienie butelką wymaga o wiele mniejszych akrobacji z wyborem miejsca. Pamiętam jak dziś, jak na jednym ze spacerów złapała mnie ulewa i schroniłam się pod zadaszonym wejściem do klatki schodowej, a Iza akurat zrobiła się głodna. Karmiłam ją butelką na stojąco, chroniąc jednocześnie siebie i dziecko przed deszczem. Pewnie weteranki kp dałyby radę (ukłony), dla mnie w terenie stosowanie butelek jest po prostu łatwiejsze. 

Autorka wspomnianego artykułu pozornie wskazuje na większą łatwość wychodzenia z domu przy karmieniu MM, chociaż odwołuje się do możliwości odciągania pokarmu. I tutaj się absolutnie nie zgodzę, ponieważ odciąganie mleka jest bardzo czasochłonne. Sama pamiętam, jak przez pierwsze tygodnie zmagania się z kp nie robiłam praktycznie niczego innego, niż karmienie młodej, ogarnianie bieżących spraw i wiszeniu na laktatorze. Nawet położna stwierdziła w pewnym momencie, że na dłuższą metę tak się nie da, bo doba jest za krótka. Stosunek do odciągania zależy zapewne od indywidualnego trybu życia, a głownie od tego, jak często wychodzimy z domu. Ja od samego początku wychodziłam kiedy się dało - także dlatego, żeby mała szybko przyzwyczajała się do bycia z innymi osobami. Jeśli miałabym regularnie zabezpieczać zapasy, na pewno mocno ukróciłoby to i tak skąpą listę rzeczy do zrobienia w trybie pilnym. Chociaż znam też dziewczyny, które odciągają dużo i szybko – jak wspomniałam wyżej, kwestia indywidualna.   

I na koniec przeświadczenie o tym, że dzieci na MM szybciej przesypiają noce. Teza co najmniej trudna do udowodnienia. Na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że nasza do ukończenia pół roku w zasadzie spała większość nocy – tak od 6 do 8 godzin ciurkiem. Od siódmego miesiąca, kiedy zaczęły zbliżać się zęby, skończyły się dobre czasy i mamy co najmniej jedną pobudkę w nocy. 

Na koniec kilka słów krytycznych wobec tezy, że tylko karmienie MM jest pieniądzochłonne. Pamiętajmy, że przy karmienu naturalnym także trzeba nieco wydać - chociażby na biustonosze, których powinniśmy mieć kilka. Ja miałam cztery, bo plamiły się w takim tempie, że nie nadążałam prać. Kolejnym wydatkiem będą wkładki laktacyjne, bo przecież żadna z nas nie chce chodzić z plamami na bluzkach. Ja osobiście musiałam także pomyśleć nad zakupem kilku sztuk odzieży przystosowanej do karmienia – a ta, jak wiadomo, tania nie jest (zresztą jak wszystkie ubrania dla mam). 

No i w końcu laktator - jeśli chcemy kupić obustronny, dzięki któremu szybciej odciągniemy mleko, to musimy liczyć się z wydatkiem rzędu kilkuset złotych - gdy ja interesowałam się tematem, jedyny laktator był marki Medela i kosztował prawie 600 zł (używek nie było). Owszem, są mniejsze i tańsze, ale korzysta się z nich dłużej. 

I jeszcze kilka wydatków niby drobnych, niby niekoniecznych, ale mogących się przytrafić: herbatki na laktację lub Femaltiker, który jest skuteczny, ale i kosztowny, osłonki na brodawki (około 30 zł za komplet), maści na pękające brodawki i inne przyjemności, które także - uwaga - kosztują. 

Czasem mam wrażenie, że obrończynie kp chociaż zwalczają sielankową wizję karmienia MM pokazywaną w reklamach, same budują takową przy karmieniu naturalnym. Że rodzi się dziecko, przystawiasz i już. Nie mówią o bólu, problemach, poplamionych ubraniach czy innych komplikacjach. Pamiętajmy, że każda sytuacja ma swoje ciemnie i jasne strony i mówienie o tym, że kp jest wyłącznie piękne i naturalne, a MM tylko złe i kosztowne, jest po prostu nieprawdą. 
 

Copyright © 2017 Mama Size