14:35

Dopajanie - czy konieczne?


Jedną z kilku rzeczy, o których koniecznie trzeba wiedzieć przy karmieniu MM, jest tzw. „dopajanie”. O ile przy karmieniu naturalnym nie jest ono koniecznie przez pierwsze miesiące, tak przy butelkowaniu już tak. Dlatego dziś kilka podstawowych informacji plus garść własnych doświadczeń. Zapraszam!



Dopajanie polega na podawaniu dziecku napojów innych, niż mleko. Co ciekawe, niewiele się o tym mówi na etapie ciąży, co zapewne jest efektem ogólnego przeświadczenia o konieczności karmienia piersią. Czyli ponownie uruchamiamy schemat: jak nie będziemy o czymś mówić, to problem zniknie. Dlatego my przez całą szkołę rodzenia nie usłyszeliśmy o dopajaniu ani razu i dlatego na początku popełniliśmy kilka (na szczęście drobnych) błędów. Po raz kolejny to powiem – nie poruszanie tematu karmienia MM nie spowoduje tego, że problemy z karmieniem naturalnym przestaną istnieć. Jeśli chcecie poczytać więcej na ten temat, zapraszam tutaj. A teraz przejdźmy do głównego tematu.

Podstawowy błąd, jaki popełniliśmy na samym początku było założenie, że podając mleko nie tylko dziecko karmimy, ale również dajemy mu pić. W końcu to napój, prawda? Nic bardziej mylnego – mała potrzebowała do picia czegoś innego i nie miało to związku z  upałami czy innymi zjawiskami atmosferycznymi, które zwykle powodują większe pragnienie. Efektem naszej niewiedzy były sytuacje, w których dziecko płakało, my dorabialiśmy porcje mleka, z których wypite zostało tylko kilka ml. Zachodziliśmy w głowę o co chodzi, no i zmarnowaliśmy tym sposobem wiele porcji mieszanki – plus zafundowaliśmy naszej małej mini awantury. Na szczęście babcie oświeciły nas, że dziecko poza mlekiem może po prostu chce się napić. Eureka!

Ponieważ Izu od samego początku jest na MM, musieliśmy dobrać do dopajania coś, co jej nie zaszkodzi. Wybór padł na herbatę z kopru oraz wodę. Herbatę zawsze wybieraliśmy tylko taką, która była przeznaczona dla niemowląt od pierwszych dni życia. Wodę gotowaliśmy do mleka, więc tutaj wybór był o wiele mniejszy. I takie praktyki utrzymywaliśmy przez kolejne miesiące. Dopiero przed pierwszymi urodzinami odważyliśmy się na podanie herbaty owocowej – ale też przeznaczonej dla niemowląt. Ponieważ zwracamy bardzo dużą uwagę na niską zawartość cukru, to wszelkiego rodzaju słodzone napoje od razu odpadają.

Właśnie – słodzenie. Wśród starszego pokolenia funkcjonuje przekonanie, że niemowlętom do podawanej wody powinno się dodawać glukozę. Po własnej próbie cukrowej naprawdę trudno mi sobie wyobrazić, dlaczego ktoś może chcieć tak unieszczęśliwiać dziecko, powiedzmy więc sobie jasno – nie jest to dobra praktyka i lekarze nie zalecają jej stosowania. Glukoza nie tylko oszukuje głód, ale zmienia późniejsze preferencje smakowe dziecka. Może się bowiem okazać, że maluch będzie chciał pić wodę z glukozą nie po to, aby się napić, ale dlatego, że mu taka kombinacja zasmakowała.

Podobnie jest z sokami reklamowanymi przez producentów już od czwartego miesiąca życia dziecka. Warto wiedzieć, że nie powinno się ich podawać do popicia posiłków, ale jako samodzielny posiłek. Oczywiście koniecznie powinny być przeznaczone dla odpowiedniej grupy wiekowej. Dietetycy zwracają jednak uwagę na to, że soki – szczególnie te zagęszczane – nie są konieczne w diecie najmłodszych dzieciaków. Można je wprowadzać później, a na początek stosować po prostu wodę.

Jednocześnie trzeba pamiętać, że jeżeli samodzielnie chcemy wyciskać sok z owoców lub warzyw zakupionych w sklepie, to koniecznie trzeba mieć pewność co do sposobu ich uprawiania. Soki produkowane dla niemowląt są pozyskiwane ze specjalnie certyfikowanych upraw – bez pestycydów i innych „ulepszaczy”. Jeśli więc hodujemy marchewkę samodzielnie, to ok, ale jeśli kupimy ją w markecie, to może lepiej zdecydować się na gotowy, certyfikowany sok.

Podsumowując: jeśli karmimy dziecko MM dopajanie jest konieczne. Z własnego doświadczenia polecam od samego początku herbatę z kopru włoskiego (w opcji dla niemowląt od pierwszych dni życia) lub wodę – koniecznie przegotowaną lub przeznaczoną dla najmłodszych. Chociaż ja jestem marketingowym niedowiarkiem i mimo wszystko gotuję.

Copyright © 2017 Mama Size