07:31

Pierwszy kinderbal, czyli Zosia Samosia wpada w szał

Dzisiaj będzie trochę słów niestosownych. Do tego odrobinę generalizowania, bo też temat tego wymaga. Okazuje się bowiem, że nawet w czasach galopującego indywidualizmu można zaobserwować pewne zachowania wspólne dla całej płci, co pewnie nie ucieszy fanów stereotypizacji. Dziś przeczytacie o równie irytującej, co charakterystycznej dla kobiet umiejętności komplikacji sobie życia i zepsucia nawet najfajniejszej uroczystości. Bo też my, baby, bywamy po prostu durne. Zapraszam (nie tylko płeć piękną).



Zacznę od początku. Wczoraj mieliśmy w domu debiutancki kinderbal – nasza pierworodna skończyła pierwszy rok życia. Z tej okazji zaprosiliśmy kilka osób z najbliższej rodziny. Koleżanek i kolegów, do których wysyła się zaproszenia, młoda na szczęście jeszcze nie ma, ale pewnie za rok to się już zmieni. Na szczęście za rok będę już mądrzejsza.

Jako, że przez ostatnie dwa tygodnie było dość intensywnie – prowadziłam szkolenia, co skutecznie przeorganizowało w miarę ustabilizowane życie z okresu urlopu macierzyńskiego – nie mieliśmy zbyt wiele czasu na planowanie imprezy. Pewniak był jeden – tort. Miałam mniej więcej zarys tego, co chcę zrobić w ramach ciepłych i zimnych przekąsek, ale czasu zabrakło na wcześniejsze przygotowania. Ponieważ w przeddzień imprezy ostatnie spotkanie skończyłam o godzinie 19:20, a miałam jeszcze kupę rzeczy do zrobienia, najzwyczajniej w świecie wpadłam w popłoch.

Powody były dwa: po pierwsze nie wyrobię się z przygotowaniem jedzenia, po drugie nie mogę samodzielnie posprzątać. No bo posprzątać miał Monż, a on przecież nie zrobi tego tak dobrze, jak ja. Znacie to skądś, Drogie Panie? No jasne! To uczucie, że nawet jak on coś zrobi, to na pewno gorzej. Bo mebla nie odsunie i koty zostaną. Bo podłogi nie domyje, kurzy nie zetrze, smugi zostawi. 

I jeszcze tego żarcia nie ma kiedy zrobić, bo co prawda dziś mogłabym coś zrobić, ale już padam na twarz. Niby jutro rano mogę, ale pewnie się nie wyrobię. A w sumie to rzadko gotuję i dwie potrawy sobie wymyśliłam nowe, więc na pewno będzie dupa blada bo coś nie wyjdzie.

Myślicie sobie: no, idiotka, nawaliła sobie obowiązków na łeb i jeszcze panikuje. Kto normalny planuje w ramach debiutów kulinarnych robić niewypróbowane rzeczy? I to na ostatni moment. Przecież nawet w Cosmo piszą, że tak się nie robi.

Spoko, z perspektywy 48 godzin myślę dokładnie tak samo.

Ze sprzątaniem oczywiście się pomyliłam. Monż ogarnął, aż miło. Wróciłam wieczorem do domu, a tu łazienka wylizana, że aż zbzikowanej marudy w lustrze nie poznałam. Kuchnia podobnie, tylko przeglądać nie miałam się w czym. Na drugi dzień zostały te nieszczęsne kurze, ale to już do ogarnięcia.

Lecz panika nie zniknęła.

Rano obudziłam się z myślą: niech on już wstanie, po tort trzeba jechać! I pietruszkę, bo wczoraj nie dostałam. Ciśnienie, ciśnienie, ciśnienie. Jak już pojechał, wlazłam do kuchni i z mieszaniną boleści i determinacji na twarzy wzięłam się za krojenie sałatki. Cały czas z myślą, że się nie wyrobię. Kompletnie ominęłam refleksję, że przecież wymyśliłam to sobie sama, nikt mi nie kazał. SAMA na siebie ściągnęłam te czynności, bo Monż uznał, że tort wystarczy. Ponieważ otoczenie nie spodziewa się po mnie absolutnie żadnych wyczynów kulinarnych – wszyscy wiedzą, że nie lubię gotować – nie było nikogo, kto czekałby na suto zastawiony stół. Wymyśliłam to sama i sama wszystko chciałam zrobić. Nie było mowy o pomocy w kuchni, bo przecież nikt mi się tam kręcić nie powinien.

I chociaż na długo przed planowanym deadlinem miałam już zrobioną większość i jasne było, że się wyrobię, naszła mnie taka myśl – czy naprawdę chcę, aby urodziny mojego dziecka właśnie tak wyglądały? Czy ten wyjątkowy dzień powinniśmy spędzać w nerwach i wzajemnym poganianiu? Czy jeśli coś świętujemy, to nie powinniśmy skupić się na tym przyjemnym celu – w tym przypadku urodzinach naszej pociechy? I czy wreszcie kumająca już Iza będzie się cieszyć ze sfrustrowanej matki pokrzykującej na ojca w temacie nieumytej podłogi? Nie sądzę.

Bardzo podobne schematy przerabiamy my, kobiety, z okazji świąt. Ale ponieważ świątecznych przygotowań miałam w życiu już dużo i zdążyłam temat w swojej głowie przerobić, wyciągnąć wnioski i wprowadzić je w życie, tak w temacie imprez dziecięcych jestem totalną debiutantką.

Szybko przypomniałam sobie, jak to bywało jak sama byłam dzieckiem. Jak to starsze pokolenie po nocach denerwowało się, że biszkopt się przypali. Bywały zarwane nocki z pieczeniem i krojeniem sałatek. Jak ja zamiast oczekiwać na gości pucowałam szklanki i sztućce. Dopiero potem była relaksująca nasiadówka. Ale sam fakt, że teraz bardziej pamiętam te stresujące przygotowania, a nie same imprezy, mówi sam za siebie.  


Uroczyście postanowiłam się nie spinać nigdy więcej. Na szczęście w tym roku Izu jeszcze nie pojmowała całości przedsięwzięcia, więc i nerwów nie zobaczyła – i bardzo dobrze. Chciałabym, abyśmy urodziny nie tylko jej, ale wszystkich bliskich, spędzali w spokoju. Bez wkręcania sobie palmy pierwszeństwa w sprzątaniu lub deadlinów w gotowaniu. Jeśli w przyszłości nie będzie uczty z bigosem i ktoś uzna to za niestosowane – trudno. Ja chcę spędzać święto mojego dziecka z dzieckiem, a nie z patelnią lub mopem. Amen.
Copyright © 2017 Mama Size