14:30

Orka i niewyspanie czy przedsiębiorcze planowanie?

Dzisiejszy tekst kieruję do wszystkich osób, które widzą w macierzyństwie gigantyczne nakłady energii i motywacji do zrobienia czegoś nowego. Zapraszam również tych, którzy kupili wizje przedsiębiorczych matek, bezproblemowo łączących macierzyństwo z biznesem. Ale najbardziej zachęcam do lektury tych, którym cel umyka gdzieś daleko na horyzoncie, a ciągłe niepowodzenia odbierają motywację do zmiany.



Na początek pytanie: kto z Was widział jakiś plakat lub reklamę promujące przedsiębiorczość młodych matek? Zapewne większość. Jak wyglądały te przedsiębiorcze matki? Nie pamiętacie? To ja podpowiem. Uśmiechnięte, zadbane, z ułożonymi fryzurami, obłożone najnowszą technologią. A gdzie dzieci? No cóż, albo nie ma, albo gdzieś w tle spokojnie bawią się na podłodze. To teraz powiem Wam, jak to wygląda naprawdę.

Pod koniec trzeciego miesiąca urlopu macierzyńskiego zaczęłam się zastanawiać co zrobię ze sobą w czasie powrotu do pracy. Moje stanowisko w firmie, w której dotychczas pracowałam, zostało zlikwidowane, nie spodziewam się więc powrotu. Poza tym tak szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie przy małym dziecku (czy nawet dużym, generalnie w ogóle przy jakimkolwiek życiu rodzinnym) pracy w takim trybie, w jakim żyłam przed zajściem w ciążę. Będąc na stanowisku przedstawiciela handlowego z domu wyjeżdżałam zwykle pomiędzy 6:30 a 7:30, wracałam nie wcześniej, niż o 17:00 – a zdarzało się, że i przed 19:00. Potem jeszcze praca na komputerze, bo firma nie przewidywała dla handlowców home office, w trakcie którego można by było zaplanować sobie trasy na cały tydzień. Plus ogarnięcie licznych maili – bo większość pracowników (młodych i bezdzietnych) pisała całe korespondencje w godzinach późno wieczornych i nocnych. Czy można tak żyć przy dziecku? Według moich kryteriów – absolutnie nie.

Szybko podjęłam decyzję o tym, że chciałabym spróbować czegoś na własny rachunek. Bo najlepiej byłoby mieć zajęcie w niepełnym wymiarze godzin i dzięki temu część tygodnia nadal spędzać z Izu. Wzięłam się więc za stawianie firmy od początku. I zaczęła się żmudna droga do postawienia czegokolwiek.

No bo jak wygląda dzień takiej pracującej przedsiębiorczej matki? Zakładając, że nie ma pod ręką opiekunki/babci/kogoś kto zajmie się dzieckiem przez kilka godzin dziennie – mniej więcej tak. Pierwsza połowa dnia to zajmowanie się dzieckiem. Jeśli masz szczęście i Twoje dziecko sypia w dzień, to czas ten możesz poświęcić na ogarnięcie bieżących spraw. Jeśli nie śpi – peszek. Poza tym musisz wliczyć czynności typu spacer (czyli z przygotowaniami kolejne 2-3 godz., a jeśli jest ciepło to jeszcze dłużej). Czy masz w tych godzinach czas na zrobienie czegoś zawodowo? Prawdopodobnie nie. Oczywiście zakładam, że nie wychodzisz z założenia, że równie dobrze może Cię zastąpić chodzik, tablet czy inny angażujący gadżet. Poza tym weź pod uwagę fakt, że jeśli w ramach swojej pracy kontaktujesz się z klientami, to kwilenie dziecka w większości branż uważane jest za bardzo nieprofesjonalne. Ja dni, w których Iza bawiła się sama pod moim okiem lub spała i w tym czasie mogłam popracować, mogę policzyć na palcach jednej ręki.

Gdy Monż kończy pracę zwykle jest miliard rzeczy do zrobienia. Trzeba gdzieś pojechać i coś załatwić – a to mechanik, a to lekarz, a to zakupy, których nie da się zrobić w osiedlowym markecie, itd., itd. A jeśli trafia się już jakieś wolne popołudnie, w czasie którego nie musicie nigdzie gnać, to prawdopodobnie oboje docenicie to, że możecie po prostu spędzić leniwie czas w rodzinnym gronie. Bo to jest Wam ogromnie potrzebne!

Tymczasem skrada się powoli późne popołudnie i wieczór i sytuacja wygląda tak: dziecko w formie olimpijskiej, facet zmęczony po pracy, Ty także – bo w końcu opieka nad maluchem to nie idylliczny obrazek z reklamy Pampersów, ale ciężka praca fizyczna. Przychodzi pora wieczornych rytuałów i zaczynacie: kąpiel, karmienie, usypianie. U nas – dłuuuuuugie usypianie. Długie do tego stopnia, że w ostatnich tygodniach młoda zasypia przed 22. I to jest właśnie, Moje Drogie Przedsiębiorcze Matki, czas, w którym można popracować!

Tak, po całym dniu opieki nad dzieckiem, ogarnianiu miliona rzeczy, których nawet nie jestem w stanie spamiętać i nazwać po imieniu, siadam w okolicach 22:00 i zaczynam pracę. Sen mojego dziecka daje mi się maksymalnie dwie godziny dziennie na zrobienie czegokolwiek.

Nic więc dziwnego, że postawienie strony zajęło mi kilka tygodni, a pisanie ofert trwa nadal i końca nie widać. Co gorsze, na różnych etapach pojawiają się niespodziewane przeszkody. Dla przykładu – miałam plan, aby uruchomić stronę wraz z pierwszymi ofertami jakoś we wrześniu. Zupełnie przypadkiem trafiłam na informacje dotyczące ochrony danych osobowych. Po krótkim researchu zrozumiałam, że muszę dodatkowo napisać Politykę Bezpieczeństwa Informacji i inne dokumenty – dodatkowe 1,5 miesiąca roboty. A nie dalej, jak przedwczoraj na etapie uruchamiania firmowego bloga prace stanęły na dwie długie doby i cały kalendarz promocji na FB szlag trafił... Cóż, życie.

Ale się nie poddaję i robię swoje. Przyjęłam metodę małych kroków. Przy liczbie pomysłów, jakie mam na samo Cultivo – czyli trzy wielkie działy – pracy mam pewnie na następny rok. W głowie kiełkują mi już nowe projekty. Tutaj słucham Menża mojego i trzymam się mniejszej liczy projektów – żeby było porządnie. Po ponad pół roku pracy metodą małych kroków widzę już pierwsze efekty – strona stoi, pierwsze oferty są, blog zaraz będzie. Może i pojawią się klienci? I wish.

Czy mam chwile zwątpienia? No jasne! Gdy od potencjalnych kontrahentów otrzymuję odpowiedzi spławiające lub odmowy myślę sobie „rób swoje”. Na konkurencję patrzę niewiele, bo nabawiam się kompleksów. Oczywiście, że boję się porażki. No ale jeśli nie spróbuję teraz, to kiedy? Nie chcę żyć kolejne lata mrzonką o wspaniałym biznesie, który wyrwie mnie z niewolniczego korpo. Chcę wiedzieć, na co realnie mogę liczyć.

Czasem słucham organizmu, który mówi: „stop, wypocznij”. Kilka razy w ciągu ostatnich miesięcy dopadły mnie migreny lub infekcje, które były ewidentną reakcją na stres i przemęczenie. Z bólem serca (i głowy) musiałam odłożyć wszystko i zwyczajnie się wyspać. Bo tak naprawdę sen jest materiałem deficytowym w ostatnich miesiącach.

Kiedy odpoczywam? Czasami, zwykle w soboty, udaje nam się oddać Izę do babci. Mamy wtedy ze dwie lub trzy godziny spokoju. Wtedy się relaksuję.

Czy chciałabym, żeby coś wyglądało inaczej? Oczywiście – chciałabym, aby doba była dłuższa, lub aby moje dziecko spało od 19 do 7. Chciałabym, aby dom sprzątał się sam, bo wciąż stoję przed dylematem – odkurzanie mebli czy krok do przodu z firmą. Ale skoro tak nie jest, pracuję z tym, co mam. I dlatego moje artykuły pojawiają się zwykle około północy. Wtedy to, co cały dzień tworzy się w mojej głowie, przelewam na klawiaturę i dopiero wtedy spokojnie mogę iść spać.
Dobranoc!

Edit z 11.01.2018:
Pragnę uzupełnić dość istotną rzecz: Monż opiekuje się dzieckiem po pracy, co nie wynika z tekstu bezpośrednio, ale byłoby niesprawiedliwe, gdybym tego nie dodała.


Copyright © 2017 Mama Size