13:05

Karmienie mlekiem modyfikowanym, czyli schowajmy głowy w piasek

Być może tym tekstem kogoś do siebie zniechęcę, a kogoś innego oburzę. Trudno. Poruszę dziś bowiem temat dla branży porodowej niewygodny i praktycznie nie podejmowany. Temat kłopotliwy wśród młodych rodziców – szczególnie mam – bo bardzo wiele osób wstydzi się przyznać, że częściowo lub całościowo karmi swoje dziecko mlekiem modyfikowanym. Ja karmię. Obojętnie, co sądzisz na ten temat – zapraszam do lektury.



Nie będę teraz roztrząsać dlaczego nasza mała nie jest karmiona naturalnie – opowiem o tym osobno. Chciałabym tylko, abyście mieli świadomość, że przed porodem nigdy nie zakładałam karmienia Izu przy pomocy mleka modyfikowanego. Oczywiste dla mnie było to, że taka metoda nie będzie potrzebna, tym bardziej, że ciążową laktację przechodziłam praktycznie książkowo. Miałam zakupione wszystkie gadżety potrzebne do karmienia naturalnego i wybrany model laktatora.

Co więc poszło nie tak? Tak na sto procent, to nie wiem. Prawdopodobnie ciężki poród spowodował zahamowanie pokarmu. Późniejsze porady laktacyjne niewiele dały i po kilku tygodniach musieliśmy zmierzyć się z decyzją przejścia w całości na karmienie MM.

Najgorsze było to, że byliśmy kompletnie nie przygotowani do tego sposobu karmienia dziecka. Na zajęciach w szkole rodzenia nikt na ten temat nie powiedział ani słowa – co więcej, jedna z położnych stwierdziła, że laktator to jaki dziwny wymysł, bo po co matka karmiąca ma wychodzić gdzieś bez dziecka. 

Na poporodówce żadna osoba nie sprawdziła, czy spadające wyniki mojego dziecka nie są przypadkiem wynikiem niedożywienia i dopiero neonatolog po dwóch dobach zarządziła dokarmianie butelką. Do tej pory pamiętam oburzone i oskarżycielskie spojrzenia położnych do których na oddziale musiałam zgłaszać się po porcje przygotowanej mieszanki. Nie polecam nikomu.

Gdy w końcu udało nam się wyjść do domu stanęliśmy z Menżem w zupełnie nowej sytuacji, w której ekspresowo musieliśmy się odnaleźć. Tyle dobrego, że mieliśmy mleko i dwie butelki. Ja znałam technikę karmienia, instrukcje były na etykietach. Wszystkie kwestie musieliśmy przerobić na własną rękę, a pytań pojawiło się mnóstwo:
- jakie butelki będą najlepsze i ile ich powinno być?
- czy będzie potrzebny jakiś dodatkowy sprzęt – jeśli tak, to jaki?
- czy nasze mleko modyfikowane, narzucone de facto przez szpital, jest dobre i co się stanie, jeśli trzeba będzie je zmienić?
- jak rozpoznać, czy dziecko dobrze toleruje konkretne mleko i jak rozpoznać alergie?
- jak wprowadzać mleko następne?
- jak zoptymalizować proces przygotowania całej manufaktury związanej z karmieniem, aby w miarę sprawnie przygotowywać posiłki dla małej?
- po co dopajać dziecko i czy jest to konieczne?
- jak poradzić sobie z karmieniem na spacerach?

W szukaniu odpowiedzi niezastąpiony był oczywiście Google. Problem w tym, że większość informacji jest sponsorowana przez producentów gadżetów lub produktów do karmienia. Wiarygodność może być więc różna – wiadomo, każdy będzie chwalił swój produkt. Dzwonić do pediatry z byle pierdołą też nie można było, na szczęście trafiliśmy na fajną położną środowiskową, która podchodziła do kwestii karmienia MM zdroworozsądkowo.

No właśnie, bo w czym jest tu największy problem? Moim zdaniem w tym, że cała branża porodowa – lekarze, pielęgniarki, położne itd. – nabierają wody w usta jeśli chodzi o inne metody karmienia, niż naturalne. Tak, jakby uznali, że skoro nie będzie się o tym mówić, to zjawisko zniknie. Nic bardziej mylnego.

Ja naprawdę rozumiem, że mamy teraz w kraju wielką promocję karmienia naturalnego, znam jego zalety na pamięć. Nie zmienia to jednak faktu, że taka postawa nijak się ma do takich matek, jak ja, które po prostu nie mogą karmić. Proszę mi wierzyć, brak wiedzy z kompetentnych źródeł absolutnie nie pomaga. Znam wiarygodność różnych „internetowych specjalistów” i o wiele cenniejsza była dla mnie szczątkowe informacje pielęgniarek na neonatologii, za które jestem do tej pory szalenie wdzięczna, niż wywody sponsorowane przez producentów mlek początkowych.

Sedno sprawy pokazało podejście obsady dwóch oddziałów: położniczego i neonatologicznego. Na tym pierwszym dokarmianie dziecka traktowano jako zło konieczne lub wręcz zbrodnię na dziecku. Na drugim to dobro malucha było najważniejsze – miał być najedzony, a jeśli nie mógł tego zagwarantować pokarm matki, to trudno, trzeba zaradzić temu w jakiś inny sposób.

Koniec końców mogę powiedzieć, że przeniesienie naszej córki na neonatologię było takim małym szczęściem w nieszczęściu. Bez tego nie miałabym bladego pojęcia jak ułożyć dziecko do karmienia, jak trzymać butelkę itd. A można by się spodziewać, że szkoła rodzenia lub pielęgniarki na oddziale przeszkolą mnie choć trochę.

Dlatego po prawie roku własnych zmagań z karmieniem postanowiłam podzielić się naszymi doświadczeniami. Przez kilka najbliższych dni wpisy poświęcę pytaniom, które zadałam powyżej. Mam nadzieję, że komuś ten cykl pomoże. Gwarantuję szczerą, nie sponsorowaną przez żadną firmę opinię o produktach oraz garść porad z pola bitwy. 


Zapraszam!
Copyright © 2017 Mama Size