12:30

Chronię, szanuję - nie publikuję

Wyobraź sobie taką sytuację: ubierasz swoje dziecko w piękne, nowe ubranie, bierzesz za rękę i wyprowadzasz na najbardziej uczęszczany plac w mieście. Po chwili odchodzisz, zostawiając je pod opieką miłej starszej pani lub grupki roześmianych nastolatków. Nierealne? A wiesz, że w momencie publikacji zdjęć swojego malucha w sieci robisz dokładnie coś takiego?



Istnieje możliwość, że w trakcie czytania tego tekstu część z Was pomyśli, że oszalałam. Że za dużo „Zabójczych umysłów”, programów i reportaży z panami pokroju Trynkiewicza lub szwedzkich kryminałów. Być może tak jest. Zagadnienie nie jest jednoznaczne i waha się pomiędzy traktowaniem dziecka jak własność, a absolutną ochroną jego wizerunku przed światem. Osobiście wychodzę z założenia, że moją rolą, jako rodzica, jest przede wszystkim chronić moje dziecko, co w dobie Internetu wcale nie jest takie łatwe. Nas, rodziców wychowywanych w czasach przełomu technologicznego, nikt nie uczył o zagrożeniach w sieci. Musimy sami poszerzyć swoje horyzonty. I po to właśnie jest ten tekst – żeby rzucić światło na problem.

Ochrona wizerunku

Sprawa wydaje się błaha – wrzucamy zdjęcie naszej pociechy lub rodzinne foto na fejsika, aby pochwalić się przed znajomymi. I już. Mamy przecież ustawione profile prywatności, więc nikt niepożądany zdjęć nie obejrzy. Czy aby na pewno?

Może na początek zadajmy sobie pytanie, czy zhakowanie konta na portalu społecznościowym jest trudne. Specjaliście wskazują, że nie. Dodatkowo wydaje się, że pedofil nie zajrzy na nasz blog lub profil na FB – a jak wskazuje policja wcale tak nie jest. Wiele osób myśli, że ograniczenie prywatności skutecznie zabezpieczy naszą prywatność. Wymówką jest także to, że skoro nie jesteśmy celebrytami, to nikt się nami nie zainteresuje. Takie myślenie także może być błędne, ponieważ jak wskazuje policja wraz z popularnością portali społecznościowych rośnie liczba oprogramowania ułatwiającego hakowanie prywatnych kont[1]. Ponieważ istnieje całe podziemie, w którym handluje się zdjęciami dzieci, są też osoby specjalizujące się w wykradaniu fotek.

Nieprawdą jest także, że newralgiczne są tylko zdjęcia dzieciaków obnażonych. Jak wskazują specjaliści pedofilowi zależy na tym, aby dziecko było urocze i niewinne. Istotne jest również to, czy dziecko jest w typie urody, którego poszukuje pedofil[2]. Dlatego nigdy nie można mieć pewności, czy umieszczone zdjęcie naszego malucha nie trafi do czyjejś bazy, nawet jeśli dziecko jest ubrane i po prostu uśmiecha się do aparatu.

Ujawnianie zdjęć plus informacji na temat dziecka to nie tylko potencjalna pożywka dla pedofila. Bo czy jest całkowicie niemożliwy scenariusz, w którym ktoś upatruje sobie konkretne dziecko, aby potem porwać je spod szkoły lub domu rodzinnego? Mało jest zaginięć lub przypadków, kiedy po okolicy kręci się „podejrzany samochód”, który jeździ za dziećmi? Na jakiej podstawie można zakładać, że ktoś nie upatrzył sobie konkretnego dziecka i szuka go w środowisku wcześniej doskonale opisanym przez rodziców na portalu społecznościowym? No i czy w końcu koleżanki blogerki mogą wykluczyć to, że jakiś nie do końca normalny człowiek wymyśli sobie, że skoro robią kariery w Internetach, to na pewno są bogate i ich dziecko może być źródłem szybkiego zarobku? Bo trzeba pamiętać, że publikowanie zdjęć pociech na blogu, który z definicji jest promowany i dostępny dla każdego, to o wiele niebezpieczniejsze miejsce, niż zablokowane konto na portalu społecznościowym. O konsekwencjach porwań dzieci, których foty wcześniej publikują rodzice, szczególnie dużo mówi się w Portugalii[3]. Szerokim echem odbiła się tam sprawa dwunastolatki, która wytoczyła proces rodzicom. Sąd przychylił się do jej wniosku o zakazie publikowania zdjęć. Swoją decyzję uzasadniał tym, że obowiązkiem rodziców jest ochrona dziecka, a publikowanie zdjęć naraża je na potencjalny atak przestępców seksualnych[4].

Ochrona godności

Tutaj sprawa tylko pozornie wydaje się prosta: nie publikujemy fotek nagich lub niekompletnie ubranych dzieci w Internecie. Czy aby na pewno jest to takie oczywiste? Na forach dla rodziców pełno jest co najmniej niestosownych zdjęć okraszonych podobnymi komentarzami: "Drogie mamusie! Mam nadzieję, że można się tu chwalić swoimi maleństwami (…). Na zdjęciu mój bobasek. (…) Położna po porodzie powiedziała, że będzie miał kobiet na pęczki z takim długim ogonkiem". Na zdjęciu - nagi niemowlak w kąpieli. Gdy jedna z interlokutorek zwróciła uwagę, że publikowanie takich zdjęć może w przyszłości nie spodobać się samemu chłopcu, matka odpowiedziała: "A tam, a kto rozpozna? Muszę się chwalić, póki jeszcze mi nie zabrania! Babcia powiedziała, że w przyszłości będzie z niego górnik, skoro ma taki wielgachny kilof"[5]. W sumie to nawet nie wiem, jak to skomentować.

Mnie osobiście przeszkadza nawet robienie zdjęć nagim dzieciom – no bo po co one komu? Chyba tylko po to, aby wiele lat później słodki bobas czuł zażenowanie zawsze wtedy, gdy ktoś takie zdjęcie wyciągnie z czeluści albumu lub komputera. Czy rodzic naprawdę potrzebuje zdjęć nagiego dziecka?

Druga kwestia, to podmiotowe traktowanie potomka. Rzecznik Praw Dziecka wielokrotnie podkreśla, że dziecko nie jest własnością rodzica – osobom zainteresowanym polecam chociażby profil RPD na Facebooku. Oznacza to, że rodzic powinien zastanowić się, czy w przyszłości dziecko nie będzie miało nic przeciwko publikacji swojego wizerunku – a już w szczególności zdjęć roznegliżowanych. Mnie osobiście zawsze wydawało się to kwestią dobrego wychowania – tak, jak powinniśmy spytać o zgodę znajomych, których zdjęcie chcemy wrzucić do sieci, tak samo powinniśmy zrobić z dzieckiem. Zapytacie: a co, jeśli jest małe i nie może odpowiedzieć? No cóż, ode mnie odpowiedź będzie jedna: dziecko to nie zabawka do strojenia w falbanki i robienia sweet fotek.

Co robić?

Po pierwsze pamiętajmy, że po opublikowaniu zdjęcia w sieci tracimy nad nim kontrolę. Nigdy nie ma pewności, ile razy zostało skopiowane i w jakim celu.

Po drugie konieczne jest ustawienie zasad prywatności na profilu w portalu społecznościowym. Dobrą praktyką może być również przefiltrowanie znajomych na tych bliższych i dalszych. Bo kto z nas nie ma na fejsiku ludzi, których nawet nie do końca poznamy na ulicy? Czy możemy być pewni ich intencji?

Kolejnym sposobem na ochronę dziecka jest nie ujawnianie informacji na temat miejsc, w których maluch przebywa, czyli np.: szkoły (wraz z podlinkowaniem), kina, ulubionej kawiarni lub restauracji itd.

Jak zdjęcie może dziecku zaszkodzić?

Poza konsekwencjami, o których już wspominałam, czyli możliwością wykorzystania wizerunku dziecka w przestępstwach seksualnych, malcowi grożą także porwania (dla okupu, w celu handlu żywym towarem lub na organy).

Jeśli wydaje się, że powyższe nigdy nas nie spotka, to może warto pomyśleć o czymś bliższym. Jest duże prawdopodobieństwo, że za kilka lat, gdy dziecko trafi do grupy rówieśniczej, szybko zostanie wychwycone jego wcześniejsze zdjęcie – i maluch zostanie wyśmiany. Nietrudno bowiem wyobrazić sobie jak dokuczający dziecku szkolni śmieszkowie wyszydzają jego ubranie, minę lub zabawkę.

Na konsekwencje niemądrych poczynań rodziców już dziś zwracają uwagę przedstawiciele firm, którzy w ramach procesu rekrutacji googlują kandydatów. Bo o ile na szeregowe stanowisko głupie zdjęcie może nie wpłynąć, tak już w organizacjach szczególnie dbających o wizerunek pracowników – owszem. A jaki rodzic chce zaszkodzić w późniejszej karierze własnego potomka?

Podsumowując

Na anonimowość w sieci nie można liczyć – szczególnie, jeśli Internet to pośrednio nasze miejsce pracy, a tak jest przecież w środowisku blogerskim. Stąd też moje postanowienie o całkowitym braku możliwości publikowania czegokolwiek, co pozwoliłoby komuś teraz lub w przyszłości rozpoznać moje dziecko. Świat pełen jest świrów – po co dawać któremuś do ręki gotowe narzędzia?

Ps. Niestety nasze prawodawstwo jeszcze nie dorosło do zmian cywilizacyjnych. Być może dobrym wyjściem byłoby rozwiązanie francuskie, które pozwala dzieciom po osiągnięciu pełnoletności pozwać rodziców za rozpowszechnianie zdjęć swoich pociech[6]. Ustanowione prawo ma nie tylko chronić wizerunek dziecka, ale także uświadamiać rodzicom, że zdjęcie malucha nie jest wyłącznie ich własnością i że w przyszłości może narobić dużo szkody – a określenie „że to przecież nic takiego” za kilka lub kilkanaście lat, w oczach dziecka, może kompletnie nic nie znaczyć.

Copyright © 2017 Mama Size