09:25

Lonex Speedy Vogue - recenzja cz. 3

Z ostatniego artykułu dowiedzieliście się jakie są wady i zalety wózka Lonex Vogue – zarówno w wersji z gondolą, jak i spacerowej. Dziś napiszę kilka słów o foteliku samochodowym oraz innych szczegółach niezwykle istotnych w codziennym użytkowaniu.



Gdy wybieraliśmy pierwszy wózek chcieliśmy mieć wersję 3w1, czyli gondolę, spacerówkę oraz fotelik samochodowy dla niemowląt. Czy był to dobry wybór? Dla nas niekoniecznie, ale o tym w osobnym wpisie. Na tamtą chwilę byliśmy bardzo zadowoleni, ponieważ Lonex dał możliwość dokupienia fotelika za niewielką dopłatą – niewielką w porównaniu z osobnym kupnem fotelika w sklepie.



Fotelik może być wykorzystywany w samochodzie oraz jako część wózka do przewozu malucha – do tego są dwa specjalne adaptery, dzięki którym przymocujemy „skorupkę” do stelaża. Co istotne – jeśli mamy przemieścić dziecko w czasie brzydkiej pogody fotelik ma daszek oraz osłonkę na nogi. Obie te części są przyczepiane za pomocą zatrzasków. Rączka fotelika jest regulowana – można ją opuścić na czas zabawy, lub jeśli chcemy wykorzystać element jako kołyskę. Aby opuścić rączkę wystarczy z dwóch stron jednocześnie nacisnąć czerwone przyciski – czyli standard.




Dla mniejszego dziecka fotelik ma wkładkę dla noworodka. My korzystaliśmy z niej akurat przez cały czas – głównie ze względu na to, że bez niej fotelik wydawał nam się twardy. Jeśli chodzi o formalności, to fotelik jest przystosowany dla dzieci do 10 kg (chociaż my mieliśmy wrażenie, że przy naszym dłuższym od rówieśników dziecku należało zmienić to nieco szybciej) i oczywiście ma homologację dopuszczającą do użytkowania.



Jeśli chodzi o ramę wózka, to jej niewątpliwym plusem jest waga – tylko 8,5 kg. Wykonana z aluminium, prezentuje się poprawnie – mam tu na myśli klasyczną ramę do wózka. Jest bez nowomodnych kształtów lub designu, co oczywiście jest kwestią gustu. Przy użytkowaniu nie niszczy się.




Na dole wózek ma pojemny kosz na zakupy. Kosz nie jest kryty, co przy wyborze wózka było dla mnie sporym minusem, ale w użytkowaniu okazało się zaletą. Dzięki takiemu rozwiązaniu o wiele łatwiej wkładało się do niego przedmioty. Co istotne – w całości jest on wykonany z łatwo czyszczącego się materiału.



Wózek ma duże, pompowane koła, z tyłu amortyzowane, dzięki czemu minimalizujemy wstrząsy, którym ulega dziecko w czasie jazdy. Hamulec jest klasyczny – działa na zasadzie „góra dół”. Minusem jest to, że w sandałach dość trudno się nim operowało, ale to niestety uroki tego typu konstrukcji.





Jako elementy dodatkowe do wózka dołączone były: folia przeciwdeszczowa, moskitiera oraz torba. Ta ostatnia ma kieszeń główną oraz przednią. Nie jest duża, ale na podstawowe rzeczy dla malucha wystarczy. Nam mieściły się: butelka w termoopakowaniu, małe pudełko z MM, dwie sztuki odzieży na zmianę, 3 pampery i spłaszczone opakowanie chusteczek plus podkład do przewijania. Czasem upchnęłam jeszcze portfel. W miarę jak dziecko rośnie i zabiera ze sobą w teren więcej rzeczy, to i torba przyda się pojemniejsza.

Jedynym poważniejszym minusem wózka była konstrukcja kół, a konkretnie sposób ich pompowania. Szczerze, to na etapie kupna kompletnie nie wiedzieliśmy, że trzeba na to zwracać aż tak ogromną uwagę. Wydawało nam się, że to po prostu dobrze, jak koła są pompowane. Może i tak, ale nie tylko na to trzeba spojrzeć.

W naszym Lonexie koszmarem okazało się ułożenie wentyli. Zarówno w przednich jak i tylnych kołach do ozdoby (chyba?) użyto nakładek, które pełnią funkcję takich jakby kołpaków. W miejscu, w którym powinny być dojścia do wentyli zrobiono niewielkie otwory, przez które teoretycznie można włożyć wężyk od pompki. No właśnie, teoretycznie... w praktyce nałożenie wężyka jest bardzo trudne, ponieważ w otwór można włożyć ledwo dwa palce i nie ma jak zakręcić nakładki na wentyl, przez co ucieka powietrze w trakcie pompowania.
Niestety nie wyguglowaliśmy opinii na ten temat przed zakupem wózka, a jak się okazało, nie tylko my mieliśmy ten problem. Rozwiązaniem dla niektórych użytkowników była wizyta u wulkanizatora – u nas nie pomogło. Udałam się do sklepu rowerowego specjalizującego się w pompowaniu różnych wynalazków i gość tam pracujący nie dał sobie rady. Wulkanizatorzy tylko zerknęli – prawdopodobnie nie chcieli się bawić w tak niewielkie roboty.

Ostatecznie wybawieniem okazał się wujek złota rączka, który wyciągnął wentyle nieco poza nakładki. Dzięki temu udało się koła napompować. No cóż, ale nie na tym polega bezproblemowa obsługa wózka, prawda? Nasz musiał przejechać pół Polski, żeby można go było ponownie używać. Przez to musieliśmy kombinować z drugim pojazdem, bo inaczej nie byłoby jak wywozić Izu na spacery. Kontakt z producentem tylko mnie rozwścieczył, ale o tym w osobnym wpisie.



Podsumowując: poza nieszczęsnymi kółkami i drobnymi niedogodnościami wózek sprawował się dobrze. Czy bym go kupiła po raz drugi? Jako nowy – absolutnie nie. Chyba, że mieszkałabym w okolicy któregoś ze sklepów, w których producent sprzedaje swoje towary lub siedziby samej firmy. Wtedy zawsze można podjechać do źródła problemu. Na pewno kupiłabym wózek jako używkę – jest dobrej jakości i na pewno wytrzyma więcej, niż jedno dziecko. Poza tym po upływie ważności karty gwarancyjnej i tak głównie liczą się cechy użytkowe, a te oceniam jako dobre.



Copyright © 2017 Mama Size