03:24

Eurokompleksy w słoiku, czyli kilka słów o Hipp-aferze

Kilka dni temu w sieci gruchnęła wieść o tym, że Hipp oszukuje klientów w Europie środkowo-wschodniej, wysyłając do tamtejszych klientów jedzenie gorszej jakości. Sprawa zaczęła się od ustaleń chorwackiej eurodeputowanej, która zleciła przeprowadzenie badań porównujących skład dań marki dostępnych w Niemczech oraz Chorwacji. Po opublikowaniu wyników media zawrzały. Pojawiły się zarzuty nawet o trucie dzieci w naszej części Europy. Dla lepszej znajomości sprawy warto jednak przyjrzeć się faktom.



Co wiemy?

Na początek sprawdźmy, co wiemy na temat całej sprawy. Po pierwsze to, że dania różniły się składem – ale uwaga – proporcjami, a nie jakością. Nigdy nie zostało powiedziane, że warzywa czy ryż w daniach chorwackich były gorszego pochodzenia. Udowodniono natomiast, że składników potocznie uznanych za mniej wartościowe w niemieckich daniach było mniej. Firma takie postępowanie tłumaczy przywiązaniem mieszkańców Europy Zachodniej do wcześniejszej receptury. Tłumaczenie można by uznać za trafne w przypadku, gdy Hipp przedstawiłby jakiekolwiek wyniki wcześniejszych badań, stanowiących podstawę dla takiej strategii. Gdyby na przykład przeprowadzono ankiety jasno wykazujące preferencje konsumenckie, to całej sprawy by nie było.

Kolejnym faktem jest różnica w cenach. Ale także tutaj nie ma prostego wyjaśnienia, wskazującego złe zamiary producentów, o czym za chwilę.

Prawdą jest także, że firma przyznała się do praktyki i obiecała, że wyśle do Chorwacji te same partie produktu, które są na rynku niemieckim. Z punktu widzenia konsumenta jest to działanie poprawne; oczywiście jeśli ktoś będzie się kierował myśleniem proponowanym przez większość mediów, to taktyka firmy Hipp będzie raczej postrzegana jako próba ratowania wizerunku kogoś, kto został złapany na gorącym uczynku, niż natychmiastowa reakcja na głosy odbiorców (co nawiasem mówiąc w biznesie jest bardzo dobrą praktyką, bo przecież każdy popełnia błędy, grunt to potrafić się do nich przyznać i je naprawić).

Jak przedstawiana jest sprawa?

Mówiąc krótko: źli Niemcy trują dzieci w Europie środkowo-zachodniej. W mediach często pojawia się słowo „skandal” czy „manipulacja”. W Internecie sprawa opatrzona jest nagłówkami typu: „Skandal z jedzeniem Hipp dla niemowlaków – w Chorwacji jest gorsze i droższe niż w Niemczech”[1] lub „W Chorwacji odkryli niemiecki spisek żywnościowy. I to kosztem małych dzieci”[2]. Do artykułów dodawane jest zdjęcie płaczącego, wyraźnie cierpiącego niemowlaka[3], które oceniam po prostu jako prymitywną manipulację, a które umieszczone zostało przy co najmniej dwóch newsach poruszających omawianą kwestię.

Niemcy ukazywani są jako oszuści, którzy karmią wschodnią część Europy produktami gorszej jakości. Między słowami można wyczytać, że tym samym traktują nas gorzej, jako kraje drugiej kategorii – sugestie są najwyraźniej skuteczne, o czym można przekonać się czytając antyniemieckie komentarze pod artykułami.

Ale niektórzy „dziennikarze” posuwają się jeszcze dalej. W jednym z artykułów przytaczana jest „podobna” afera ze słowackiego rynku, w której wykryto, że produkty były robione z gorszej jakości składników – a to przecież nie to samo co inne proporcje w składzie[4]. W jeszcze innym artykule wspomina się o działaniach Węgier i Słowacji, które od lat podnoszą kwestie gorszego składu produktów sprowadzanych na rodzime rynki – chodzi głównie o większą liczbę stabilizatorów oraz konserwantów [5]. Trudno jednak porównywać większą ilość ryżu lub marchewki (dodam, że tej samej jakości) do zwiększonych proporcji niekoniecznie zdrowych sztucznych składników, które mogą zaszkodzić naszemu zdrowiu. Zestawianie różnicy składów dań dla dzieci z dwoma przytoczonymi przykładami oceniam więc jako chwyt populistyczny, dość tani, ale jak już wspomniałam, również skuteczny.

Jak zareagowała firma?

Przedstawiciele Hipp wydali poprawny politycznie komentarz, który miał zadowolić wszystkich. Przy prowadzeniu sprzedaży globalnej marki firma nie może sobie pozwolić na wojowanie z oskarżeniami, nawet jeśli częściowo ma rację. Co bowiem mogliby powiedzieć? „Drodzy konsumenci, produkt jest dostosowany do lokalnego rynku, a cenę kształtują prawa podaży i popytu”. 

Warto także pamiętać, że istnieje jeszcze jedna, niezaprzeczalna prawda dotycząca ceny towarów: żaden nie ma odgórnie ustalonej i nienaruszalnej ceny, ponieważ produkt kosztuje tyle, ile klient jest gotowy za niego zapłacić. Gdyby więc konsumenci masowo oprotestowali markę, firma oddolnie zostałaby zmuszona do zmiany swojej polityki cenowej.

Jak wybieramy produkt?

W tym miejscu warto się zastanowić dlaczego kupujemy produkty Hipp. Osobiście mogę powiedzieć, że analizując składy dań, które lubi nasza córka, są one lepsze od innych. Przy czym porównuję oczywiście produkty dostępne na polskim rynku, w polskim sklepie. Nie porównuję ich z produktami niemieckimi, francuskimi czy holenderskimi – bo w sumie po co? Jest wiele argumentów przemawiających za różnicowaniem diety w różnych krajach, chociażby to, że najzdrowiej dla nas jest jeść owoce i warzywa, które w danych miesiącach naturalnie rosną w naszym kraju. Logika podpowiada więc, że inaczej będą żywione dzieci w Hiszpanii i Polsce.

Ważna jest także preferencja dziecka. Jeśli maluch lubi dania konkretnej marki i dobrze mu one służą, a inne niekoniecznie, to dlaczego mam ich nie wybrać?

Kolejnym elementem wyboru jest cena. Owszem, Hipp tani nie jest. Ale jeśli po analizie składu stwierdzam, że jeśli warto, to kupię. Jeśli ktoś uważa inaczej, to nie kupi. Mamy w końcu wolny rynek i wolny wybór, czyż nie? Mnie dodatkowo przekonuje etykietka „bio” na słoiku. Dobrze wiedzieć, że składniki dań dla mojego dziecka były jak najmniej narażone na niezdrową chemię stosowaną przez wielu producentów żywności.

Co wpływa na cenę?

No i na koniec kwestia, która chyba najbardziej wzburzyła część opinii publicznej, czyli różnica w cenie. Wielkim minusem wszystkich artykułów jest to, że żaden z dziennikarzy nie pokusił się o chociażby cień refleksji na temat tego, co ma wpływ na politykę cenową danego sektora w konkretnych kraju. Bo poza wspomnianą wcześniej podażą i popytem takich czynników jest mnóstwo. Mogą to być chociażby: różny VAT, miejsce sprzedaży (np. hipermarket będzie obciążony dodatkowym haraczem dla centrum handlowego), koszty transportu, koszty magazynowania itp. Wiadomo, firma chce zarobić w każdym kraju i jeżeli koszty w którym będą większe, to w oczywisty sposób przełoży się to na finalną cenę dla konsumenta.

Jakiś czas temu w jednym z portali opisane zostało zjawisko różnicowania cen za ten sam produkt w znanych odzieżowych sieciówkach. Tam omawiano powody zjawiska i niektóre z powyżej wymienionych przeze mnie czynników były bardzo ważne dla podwyżek cen[6].

Podsumowanie:

Faktem jest, że bardzo trudno znaleźć na półkach produkty firm z wyłącznie rodzimym kapitałem – topowe marki zostały bowiem włączone do światowych koncernów już kilka lat temu. I jest to świetna pożywka dla tropicieli afer spiskowych, które raz na jakiś czas możemy znaleźć w mediach.
Faktem jest także to, że nikt nie każe kupować produktów Hipp – są inne marki, z których można korzystać.

To, co zawsze będzie dobrą praktyką, to czytanie etykiet. Jeśli znam skład produktu, to wiem, za co płacę. Nie jestem tępym osobnikiem, który da sobie wcisnąć bubel za wysoką kwotę, co poniekąd sugerują dziennikarze. Taka postawa odpowiedzialnego konsumenta jest pożądana także przez unijnych urzędników.

Zaraz po ujawnieniu wyników badań nad daniami Hipp po raz kolejny pojawił się postulat nakazujący Unii Europejskiej narzucenie tych samych norm dla produktów eksportowanych do krajów wspólnoty. Tyle tylko, że Unia nie może nakazać wprowadzenia takich samych cen, ponieważ regulacje dotyczące handlu są w krajach członkowskich różne. Dlatego Unia wymaga tylko, aby na etykiecie były wyraźne informacje dotyczące składu.

Co ciekawe – w krajach unijnych obowiązują inne metody testów, które mogą wpływać na wyniki porównawcze badań. Według najnowszych informacji komisje unijne mają stworzyć nowe wytyczne, które narzucą jednostkom przeprowadzającym badania taką samą metodologię[7].

Co chyba jednak najważniejsze – żaden z redaktorów przytaczanych portali nie pokusił się o rzetelną analizę tego, jak zrównanie składów wpłynie na cenę produktu końcowego. Czyli po raz kolejny wywołanie taniej sensacji jest ważniejsze od rzetelnej informacji, której tacy idealiści, jak ja, wymagaliby od dziennikarzy.





Copyright © 2017 Mama Size