10:57

Czy gotowanie dla niemowlaka jest naprawdę tańsze i lepsze? Sprawdzam!

Ponieważ Izu od kilkunastu tygodni ma regularnie rozszerzaną dietę i wyraźnie wskazuje swoje pierwsze preferencje kulinarne, postanowiłam sprawdzić jak to jest z tymi słoikami dla niemowląt. Nie da się ukryć, że jednym z wyznaczników bycia „dobrą matką” jest przecież samodzielne gotowanie. Argumenty mające za tym przemawiać to jakość, ekonomia i jakieś bliżej nieokreślone „bo lepiej”. Ponieważ trzecia wartość jest dla mnie trochę jak Ingardenowski byt niedookreślony, podejmę tylko dwa pierwsze.

obiad dla niemowląt ziemniaki marchew łosoś


Jakość. Często słyszymy, że lepiej jest gotować samodzielnie, bo przynajmniej wiadomo co wrzucamy do garnka. Ale czy na pewno? Jako świadomy konsument śmiem wątpić. Być może to cynizm, ale za grosz nie wierzę sprzedawcom, że ich produkty są faktycznie eko czy bio. Owszem, wiem, że kupując marchewkę w małym sklepie ze zdrową żywnością, będzie ona prawdopodobnie mniej sztuczna, niż idealnie pomarańczowe warzywo poniekąd sklonowane na potrzeby kupującego oczami konsumenta. To jestem w stanie ocenić na oko. Ale nie wiem jakie środki zostały użyte do wyhodowania tej zdrowej marchewki. A ponieważ od kilku ładnych lat pracuję w handlu w różnych branżach wiem też, że niejeden sprzedawca powie wszystko, żeby tylko sprzedać swój produkt. I kłamanie nie jest tu niestety rzadkością. To smutna prawda, którą współczesny konsument musi brać pod uwagę.

I szczerze mówiąc jako konsument coraz częściej widzę, że tzw. „small biznes” nie podlegający takim samym kontrolom, jak wielkie przedsiębiorstwa (i nie mówię tu tylko o normach urzędowych, ale też o kontroli konsumenckiej*) ma mniejszą tolerancję dla łamania chociażby norm sanitarnych. Więcej na ten temat napiszę już wkrótce na blogu firmowym.

Tym samy stawiam następującą tezę: producenci żywności tacy, jak firma Hipp (akurat ich produkty kupujemy na własny użytek), podlegający szczegółowym kontrolom i deklarujący korzystanie wyłącznie z produktów z bio hodowli, może być lepszym źródłem jedzenia, niż samodzielnie przygotowane potrawy z owoców, warzyw, mięsa i ryb kupionych w markecie czy na lokalnym rynku. A tak naprawdę z żadnego źródła nie mamy możliwości, aby w 100% potwierdzić ich pochodzenie.

Pozostaje argument ekonomiczny, a więc słynne „bo jak robimy sami, to jest taniej”. Pisząc to uśmiecham się pod nosem, bo to po prostu nieprawda. I za chwilę to udowodnię.

Przystępując do mojego kulinarnego eksperymentu założyłam przygotowanie 5 słoików dania opartego na ziemniakach, marchewce i łososiu. Posłużyłam się proporcjami dania Hipp, które nasza mała bardzo lubi. Wybrałam akurat to danie ponieważ obecnie nie karmimy dziecka drobiem – uważam, że jest to mięso najbardziej zanieczyszczone „ulepszaczami”. Natomiast inne mięsa, które w daniach jada nasza wybredna córka, czyli jagnięcina lub cielęcina, są drogie. 

Jeśli kilogram jagnięciny mogę kupić po ok. 135 zł, to argument ekonomiczny z góry odpadł. Plus – mięsa tego typu są trudno dostępne.

Posługując się tabelami z wypróbowanych słoików wyliczyłam, że będzie mi potrzebne: ok. 200 g łososia dzikiego (nie hodowlanego!), ok. 400 g marchewki oraz ok. 200 g ziemniaków. Wody w zależności od tego, jaki poziom gęstości będę chciała osiągnąć.

O ile z warzywami nie miałam problemu, tak za łososiem musiała poguglować i pobiegać. Dobrze, że na urlopie macierzyńskim ma się czas na szukanie po sklepach ryby, bo w normalnym układzie praca – dom – dziecko szanse na to maleją.

Za porcję 380 g łososia zapłaciłam w Lidlu 16,38 zł. Za marchewkę i ziemniaki w eko sklepie 5,62 (310 g ziemniaków i 570 g marchwi). To daje nam kwotę 22 zł. Jak widzicie, produktów jest więcej, niż zakładałam, można się więc spodziewać, że i obiadów będzie więcej.

Z porcji produktów uzyskałam 5,5 słoika dania, czyli nieco więcej, niż oczekiwałam, ale mniej, niż wskazywałyby na to wyliczenia. Gdybym lekko rozcieńczyła masę końcową, miałabym może o niecałe dwa słoiki więcej.

Zakładając, że gotowy słoik kosztuje 4,95 zł, to mnożąc tę kwotę razy pięć otrzymujemy 24,75 zł. Jak widać różnica pomiędzy moimi zakupami, a gotowym obiadem jest niewielka. A do mojej kwoty 22 zł nie wliczyłam przecież cen słoików, wody i prądu. Plus mojego czasu, który osobiście wyceniam o wiele wyżej. Wychodzę bowiem z założenia, że te godziny potrzebne do przygotowania raptem 5 obiadów mogłabym spędzić chociażby na spacerze z Izu. O tym, ile czasu mi to zajęło, napiszę w kolejnej części.

U przeciwników gotowych dań mogą teraz pojawić się pytania, będące jednocześnie oskarżeniem: dlaczego więc producentom wychodzi mniej jedzenia w tej samej cenie? To jakiej wartości produktów używają, skoro ich zakup wychodzi taniej? Odpowiedź jest prosta: jeśli dziennie produkujesz kilka tysięcy słoików to potrzebujesz produktów w hurtowych ilościach. A w hurcie zawsze jest taniej, dużo taniej.

Podsumowując: jedynym argumentem, który przekona mnie do ponownego babrania się w ziemniaczano-marchewkowo-łososiowej papce będzie to, że moje dziecko zje wyrób domowy chętniej.


* Wielkie sieci handlowe (sklepy czy restauracje) inwestując w markę muszą bezwzględnie dbać o renomę. Jeśli w jednym punkcie w kraju lub na świecie zdarzy się wtopa, to traci na tym całość marki, co może doprowadzić do ogromnych strat finansowych. Gdy Pan Krzyś/Zdziś lub Pani Ela/Zosia zaliczy wtopę – zamknie biznes i otworzy go dwa bloki dalej pod innym szyldem.
Copyright © 2017 Mama Size