14:44

Proszę tak nie mówić do mojego dziecka!

Zawsze irytowało mnie nadużywanie zdrobnień. Wszelkie obiadki, fakturki, buciki, sukienunie itp. każdorazowo przyprawiały mnie o nagły przypływ nerwowości, szczególnie w kontaktach z dorosłymi osobami. Zdrabnianie, zmiękczanie lub spieszczanie wyrazów (słynne „nioooooo” nadużywane przez koleżankę ze studiów) postrzegałam zawsze jako przejaw infantylności. Żeby nie było – mi również się zdarza. Ale właśnie „zdarza” jest tu słowem-kluczem. Dlatego od kiedy na horyzoncie pojawiło się potomstwo twardo postanowiłam pilnować się w kwestiach językowych. Przebyty kurs pedagogiczny i poznane podstawy logopedii jasno wskazywały, że poprawna mowa i intonacja najlepiej wspierają rozwój mowy dziecka.



Z jakim więc zdziwieniem każdorazowo obserwuję, jak personel medyczny mający kontakt z małymi dziećmi nie potrafi do nich normalnie mówić. Poczynając od położnych, przez pielęgniarki i lekarzy ogromna grupa posługuje się komunikatami całkowicie niezrozumiałymi dla mnie, osoby dorosłej. Słyszymy więc takie kwiatki, jak: „ale siupel!”, „a daj mi te sijećkie”, „pokaś lońćkie” i podobne – wszystko oczywiście powiedziane nienaturalnie głośnym i wysokim głosem. Takim komunikatom wtórują rodzice, tworzący zdania typu: „a cio to śpadło ź łóziećka?” lub „gziechotkia śpadła ź łóziećka?”. No i królujące wszędzie „a cio się śtało?”. No ludzie, jak chcecie, żeby Wasze dzieci normalnie mówiły, jeśli słyszą ciągle takie zdania, których normalny dorosły nie jest w stanie na pierwszy rzut ucha zrozumieć?

I nie chodzi o to, aby przy latoroślach posługiwać się wyłącznie językiem literackim. Chodzi o to, aby dawać małemu człowiekowi dobry przykład i wspierać jego rozwój właściwym wzorcem językowym.

Czego więc unikać? Na pewno nie języka literackiego. Przy czym nie mówię tu o języku z literatury typu „Zmierzch” czy „50 twarzy Greya”, ale bardziej o Żeromskiego czy Prusa. Samo czytanie książek dziecku lub przez dziecko ma bardzo dużo zalet, o których nie będę tu pisać, bo czasu i miejsca zabraknie. Nie należy także stronić od języka potocznego, który w odniesieniu do komunikacji z dzieckiem często nazywany jest językiem dorosłych. Dziecko może i go nie rozumie od razu, ale z czasem dzięki niemu lepiej zdefiniuje świat i łatwiej będzie mu wejść w kontakty z innymi. Najbardziej wskazany jest tzw. język rodzicielski, zwany też matczynym. W sieci można znaleźć sporo informacji na jego temat, a głównymi cechami będą: używanie normalnych (nie zdrobnionych ani spieszczanych) słów, tworzenie prostych zdań, wolniejsza artykulacja, powtarzanie najważniejszych słów. Nienaturalna, podwyższona intonacja i wysokie tony także są normalne w tym typie komunikacji.

Bezwzględnie należy unikać czegoś, co ja określam mianem infantylizmu, a wielu Internautów nazywa „językiem idiotycznym”. Są to więc wszelkie przesadne zdrobnienia, zmiękczenia i spieszczenia. Przywołane przeze mnie wypowiedzi są ich najlepszym przykładem. Oczywiście jeżeli powiemy w zdaniu „to jest piesek”, to jest to dopuszczalne. Ale jeśli będziemy zdrabniać wszystkie rzeczowniki, np. „a na obiadek będą ziemniaczki, kotlecik, suróweczka i kompocik” lub „ubierz spodenki, buciki, kurteczkę i szaliczek” to musimy zdawać sobie sprawę, że w realny sposób możemy nie tylko sprowokować późniejsze problemy językowe dziecka, ale także utrudnić mu wejście w normalnie kontakty interpersonalne. Uczenie dziecka wyrazów, których nie używa się w normalnych kontaktach międzyludzkich jest jak uczenie go innego, znanego tylko nam języka. I nic nie da tu tłumaczenie, że tak się mówi do dzieci – bo kiedy niby i jakim sposobem ustalimy, kiedy do dziecka tak mówić nie należy? I co wtedy – będziemy uczyć go nowych, „dorosłych” wyrazów?

A może lepiej od początku czytać i mówić poprawnie?



Dla zainteresowanych polecam: Antoni Balejko, Jak pokonać trudności w mówieniu, czytaniu i pisaniu. Dla rodziców i nauczycieli, Białystok 2003.
Copyright © 2017 Mama Size