14:44

Dlaczego nie mogłabym być kierowcą autobusu

Od zawsze na widok plakietki „dziecko w aucie” pukałam się w czoło i gratulowałam rodzicom rozwagi w machaniu z daleka w kierunku pedofila. Serio, takie skojarzenia. Może przewrażliwienie, może za dużo „Zabójczych umysłów” i CSI, nie wiem. Ale dwa dni temu pojawiła się całkiem nowa refleksja na ten temat.



Zaczęło się od zatrzaśnięcia drzwiczek auta i wyjazdu na autostradę – pierwszy raz z moim niemowlakiem na tylnym siedzeniu. W życiu nie miałam jeszcze tylu czarnych wizji na raz. Zbliża się tir – na pewno wjedzie mi w tyłek. Średnia prędkość? 120 km/h. Wyprzedzanie? Jakie wyprzedzanie?! Hamulce – czy działają mi hamulce?? Gdzie w razie czego zjechać, jeśli nawalą? A motocykliści na pewno tylko czyhają, żeby uwalić mi lusterka.

W życiu jeszcze nie czułam tak ogromnej, przytłaczającej, przyciskającej odpowiedzialności. A zawsze kpiąco odnosiłam się do społecznej zasady szczególnej ochrony kobiet i dzieci. Wydawało mi się, że obojętnie czy z dziećmi, czy bez, trzeba jeździć ostrożnie. I koniec.

Ale już rozumiem, po co te plakietki „dziecko w aucie”. Jeśli dzięki temu jakiemuś rodzicowi spadnie choć trochę tej przerażającej presji z barków – niech se przyklejają!


Ja nadal mieć ich nie będę. Co najwyżej „dziecko w bagażniku”. Made by Monż.

Copyright © 2017 Mama Size