14:29

Nie ma ojców pomagających, są tylko normalni i ch...jowi

Nowe doświadczenia to nowe wnioski i spostrzeżenia. Po 10-dniowym turnusie w szpitalu dziecięcym dopadły mnie przemyślenia ściśle korespondujące z przeczytanym kiedyś tekstem dotyczących „pomagających” ojców. Autorka twierdziła, że nie znosi tego określenia, ponieważ każdy szanujący się mąż i ojciec nie pomaga, ale uczestniczy. Po wątpliwie przyjemnym pobycie w jednostce zdrowia publicznego stwierdzam, co następuje: nie ma ojców pomagających, są tylko ci normalni oraz ch...jowi.

mąż pomaga przy dzieciach


W trakcie leczenia w pokoju mieliśmy dwie współlokatorki. Obie praktycznie nie opuszczały szpitala przez cały czas pobytu. Do pierwszej mąż wpadał raz dziennie, maksymalnie na godzinę. Przynosił jedzenie i podstawowe rzeczy z domu. W trakcie wizytacji przez kilkanaście minut zajmował się dzieckiem, tak aby ona mogła wziąć prysznic i coś zjeść. Gdy dziecko zaczynało płakać, ojciec co prawda nadal je niańczył, ale wyraźnie nie miał pomysłu na uspokojenie kwilącego malucha. Na jego usprawiedliwienie dodam, że wszystkie próby płaczu córki kończyły się przystawieniem jej do piersi. Gdy do pokoju wchodziła pielęgniarka lub lekarz i zadawały jakieś pytania, wołał żonę będącą w łazience. Nie potrafił odpowiedzieć na proste pytania o stan zdrowia córki: o to, czy kaszle i kicha, ile razy zrobiła kupę itd.

Mąż drugiej współlokatorki spisywał się jeszcze lepiej. Wpadał co trzy lub cztery dni. Również przywoził rzeczy i jedzenie. Na prośbę żony o popilnowanie dziecka odpowiedział, że nie, bo co on zrobi, jak mała zacznie płakać. A dziewczyna chciała tylko wyjść na kilkanaście minut i zaczerpnąć świeżego powietrza – z powodów sanitarnych musieliśmy przebywać w niedużym, słabo wentylowanym pokoju, więc potrzeba opuszczenia murów szpitala była oczywista.

W trakcie rozmów obie opowiadały o zakresie „pomagania” mężów w opiece nad dziećmi. I właściwie to słowo jest idealnym określenie zakresu ojcowskiego zaangażowania w wychowanie maluchów. Okazuje się bowiem, że panowie głównie spijali śmietankę – uczestniczyli w wybranych zabawach, pielęgnację i karmienie pozostawiając żonom. Obie nie były z tego stanu zadowolone, narzekając na przeciążenie obowiązkami i ciągłe uwiązanie przy sobie dzieci. Dochodziło do tego, że gdy mama jest z drugim dzieckiem w szpitalu, tata nie bardzo potrafi poradzić sobie z pierwszym (starszym) w domu. I gdyby nie pomoc babć, byłoby naprawdę nieciekawie.

Ale byli też w szpitalu inni ojcowie – tacy, którzy nie tylko potrafili w pełni obsłużyć dziecko, ale też wymieniali się z partnerkami w opiece nad nim. Tacy, dla których przenocowanie przy łóżku chorego malucha nie jest wyłącznym obowiązkiem matki. W końcu tacy, którzy potrafili udzielić wyczerpujących odpowiedzi na temat stanu zdrowia i uspokoić płaczące niemowlę. Zabawa, pielęgnacja i opieka nie były dla nich wyczynem, ale zwykłym rodzicielskim obowiązkiem. Takim, jak dla matki.

I to właśnie ci ostatni to normalnie ojcowie. To faceci, z którymi nie boimy się zostawić dziecka, kiedy musimy wyjść z domu na kilka godzin. Przebywając poza domem nie zerkamy cały czas nerwowo na telefon sprawdzając, czy oby mąż nie wszczął alarmu, bo dziecko płacze i on biedny nie wie co zrobić. To całkiem normalne, że tata zna sposoby na uciszenie malucha – ba, czasem nawet ma własne, skuteczniejsze od matczynych! Taki tata nie będzie szukał poklasku ani oczekiwał wdzięczności za to, że zajął się swoim potomkiem.  Będzie znał upodobania swojego dziecka, jego najbliższych przyjaciół i smak ulubionych lodów. On nie pomaga – on dzieli trudy i radości rodzicielstwa na równi w partnerką.

Bo pomagać to mogą dziadkowie, wujkowie lub przyjaciele rodziny. Pomagać oznacza wykazać raz na jakiś czas dobrą wolę, za co należy się podziękowanie. Nie istnieje coś takiego, jak pomagający ojciec. Istnieje ojciec współuczestniczący w wychowaniu swojego dziecka. Taki, który na równi z matką zna swojego malucha i potrafi sobie z nim poradzić.
Po drugiej stronie barykady są ch...jowi ojcowie – tacy, dla których całość opieki nad dziećmi spoczywa na matce. Tacy, którzy dzieckiem zaczynają się opiekować dopiero, gdy malec ma już kilka lat – wtedy można już zabrać syna lub córkę na rower albo mecz lub basen. Tacy, którzy za swoją „pomoc” oczekują specjalnych podziękować – najlepiej z medalem i dyplomem.

W rzeczywistości coraz bardziej  samodzielnych, dobrze wykształconych i samowystarczalnych kobiet – oby tych ch..jowych ojców było jak najmniej.


Copyright © 2017 Mama Size