Rodzicielskie carpie diem

08:10

Rodzicielskie carpie diem


Piątkowy poranek. Pracuję, w domu. Na pierwszym planie kolejno: wyjący komputer (poziom hałasu adekwatny do liczby otwartych przeglądarek i aplikacji), po lewej kupa papierów i notatnik, po prawej kolejne papiery, zużyte baterie, krem i wiele, naprawdę wiele innych rzeczy. Trochę boję się rzucić okiem dalej – bo co zobaczę? Na kanapie sterta dziecięcych zabawek przemieszana z Menżowskimi kablami, słuchawkami i myszką. Na krzesełku do karmienia otwarty segregator, do którego już nie sposób zmieścić kolejnych koszulek. Za nim sięgająca już mojego nosa kupa dziecięcych ubrań do posegregowania. Na komodzie Izowe pranie oczekujące na włożenie do odpowiednich szuflad. Telefon dzwoni, maile wpadają. Lista zadań rośnie. Dziś prawdopodobnie znowu zapragnę w okolicach 14:00, aby była 7:00 i żebym zdążyła się odkopać przynajmniej z połowy zadań. I ponownie muszę uruchomić moje rodzicielskie carpe diem, bo bez niego po prostu oszaleję.



Od kilku miesięcy mam wrażenie, że nieustannie przysypuje mnie cała masa rzeczy do zrobienia „na już”, „na wczoraj”, „ASAP” itd. I to w każdej dziedzinie życia: w pracy, w szkoleniach, w domu, w pisaniu bloga – bo na pewno zauważyliście kilka miesięcy totalnej posuchy w nowych wpisach. No cóż, spójrzmy prawdzie w oczy – zwyczajnie nie wyrabiam.

Próbowałam już wielu sposobów. Robiłam listy w planerze – takie na dziś i takie na jutro. Przepisywałam rzeczy niezrobione, aby wywołać wyrzuty sumienia. Chyba nie mam sumienia, bo wyrzutów też nie było. W pewnym momencie zabrakło już nawet miejsca na przepisywanie zaległości, a i pisać tyle mi się nie chciało.

Przeanalizowałam swój tryb dnia, z nadzieją, że gdzieś może marnotrawię cenne minuty na pierdoły. I co wyszło? Że owszem, marnotrawię, ale tylko tyle, żeby zachować cień higieny umysłowej i przez łącznie jakąś godzinę dziennie się dochamić głupią gierką na komórce lub czytając pierdoły w Internetach. Nie mam już wielogodzinnych sesji na konsoli, nie czytam tonami książek, nie oglądam seriali ani filmów. Nic. Ledwo ogarniam część  absolutnie niezbędnych sprawunków – a i tak nie opuszcza mnie (zwykle słusznie) wrażenie, że znowu coś jeszcze jest do zrobienia.

Momentami wpadam w odrętwienie – gdy w mojej głowie pojawi się całościowy obraz rzeczy do zrobienia, do głosu dochodzi narastająca panika. Rośnie sobie ona całkiem samowolnie, kompletnie nie czując skrupułów, ani empatycznej woli porozumienia ze swoim nosicielem, czyli ze mną. Aby lepiej pokazać swą wszechwładność do pomocy ściąga pomocników: strach, nerwowość, szybsze bicie serca, siódme (a pewnie i ósme, dziewiąte i dziesiąte) poty. I tak cała ta banda pastwi się nade mną uświadamiając w pełnej krasie, jak bardzo w czarnej d*pie się znajduję.

Jak do tej pory odkryłam tylko jeden skuteczny sposób na takie sytuacje – i nazwałam go na własny użytek „rodzicielskim carpe diem”. Tak, skojarzenia z twórczością Horacego jest jak najbardziej słuszne. Tyle, że o ile oryginał zachęcał do życia chwilą, korzystania z okazji i nie przejmowania się przyszłością, tak dla mnie ma to zupełnie inny wymiar.

Dla mnie to carpe diem oznacza po prostu skupienie się na jednej rzeczy na raz. Tak totalnie, z klapkami na oczach. „Chwytam dzień” z przekąsem bo wiem, że szersze spojrzenie znowu zepchnie mnie w objęcia drętwego strachu, że nie podołam, nie zdążę, zawalę. Żyję chwilą bieżącą, staram się nie patrzeć w przyszłość pod kątem rosnącej check listy. Że niby nie perspektywicznie, że nie planuję i tak bez strategii? A ugryź się w tyłek, przemiły krytykancie. Jak już stanę na szczycie odhaczonych zadań i z satysfakcją spojrzę na ogrom pracy rąk własnych – splunę Ci na głowę, co na pewno niewątpliwie mnie ucieszy.

Bo o radość tu także chodzi. Gdy tak bez szerszego spojrzenia skupiam się tylko na tym moim małym „tu i teraz”, jakże radośnie witam koniec zadania! Bo metodologia jest jedna: siadam, biorę „coś” pierwsze z brzegu – a brzeg jest obfity – i po prostu zaczynam to robić. W większości przypadków w trakcie pojawiają się nowe aspekty. Każdy z nich zapisuję sobie osobno w planerze – w osobnych punktach – i odhaczam każdą, nawet najmniejszą czynność. Czyli dla przykładu: gdy mam do opłacenia rachunki nie piszę „opłacić rachunki”, ale „opłacić czynsz”, „opłacić kablówkę” czy „opłacić telefon”. Bo realizacja trzech zadań zawsze smakuje lepiej, niż zrobienie jednego. Że niby marnuję czas na zapisy i miejsce na rozdrabnianie się? A być może. Grunt, że mi to pomaga.

Nawet nie wiecie, jak to cieszy i podnosi samopoczucie, gdy coś uda się odznaczyć. Gdy tak lista zapełnia się ptaszkami, poczucie sprawstwa i panowania nad rzeczywistością naprawdę rośnie – i o to chodzi. Tylko dzięki temu jeszcze nie popadłam w całkowitą niemoc i codziennie podejmuję kolejne żmudne wysiłki, aby jakoś to wszystko ogarnąć.

Walka trwa!

Uwaga, konkurs! Do wygrania zestaw spacerowy!

14:21

Uwaga, konkurs! Do wygrania zestaw spacerowy!

Zapraszam do kolejnego konkursu organizowanego z firmą Canpol babies!





Do wygrania super zestaw na spacery: torba izolacyjna oraz dwie butelki - całość od fundatora, czyli firmy Canpol babies. 

Aby wziąć udział w konkursie zamieść pod tym postem informację z informacją, gdzie najbardziej lubi spacerować Wasz maluch. Forma pracy dowolna - może być opis, film lub zdjęcie :)

Na zgłoszenie czekam do 31.07.2018 do północy.

UWAGA! 
Kierując się Waszymi głosami z poprzedniego konkursu, tym razem odpowiedzi można zamieszczać pod wpisem na blogu oraz na Facebooku.

Do odpowiedzi proszę dołączyć klauzulę "wyrażam zgodę na przetworzenie moich danych osobowych w celu realizacji konkursu" - zgodnie z RODO bez tej informacji zgłoszeń bez tej formuły nie będzie można uwzględnić przy wyborze najlepszej odpowiedzi!

Wyniki zostaną ogłoszone 05.08.2018 r.

Przed przystąpieniem do konkursu bardzo proszę zapoznać się z regulaminem zamieszczonym poniżej.

Powodzenia!



Regulamin konkursu:
1. Przedmiotem losowania jest zestaw: torba izolacyjna oraz butelki, widoczne na zdjęciu.
2. Organizatorem konkursu jest blog Mamasize.
3. Fundatorem nagrody jest firma Canpol babies.
4. Zwycięzca otrzyma nagrodę bezpośrednio od Canpol babies po wcześniejszym przesłaniu do firmy informacji od Mamasize.
5. Aby wziąć udział w konkursie należy pod postem konkursowym na blogu Mamasize lub pod postem informującym o konkursie na Facebooku umieścić odpowiedź na pytanie: jakie jest ulubione miejsce do spacerów mojego dziecka? odpowiedź może być w dowolnej formie.
6. Na zgłoszenie jest czas do 31.07.2018 r.
7. Do wylosowania jest jedna nagroda w formie zestawu.
8. W przypadku, gdy wylosowana osoba nie poda danych do wysyłki w ciągu pięciu dni od ogłoszenia wyników, nagroda zostanie przekazana kolejnej wylosowanej osobie.
9. Pod odpowiedzią obowiązkowo należy napisać formułę "wyrażam zgodę na przetworzenie moich danych osobowych w celu realizacji konkursu" - bez tej zgody dane osoby zgłaszającej się nie będą mogły być przetwarzane w celu wyłonienia zwycięzcy.
Zestaw Cute animals - recenzja!

11:26

Zestaw Cute animals - recenzja!


W kwietniowej edycji Blogosfery Canpol babies udało mi się dostać do przetestowania zestaw naczyń oraz sztućców wraz z kubkiem treningowym. Dziś przedstawię Wam moje pierwsze wrażenia oraz kilka podpowiedzi dla tych, którzy zastanawiają się, czy taki zestaw będzie dla nich odpowiedni. Zapraszam.  


Podstawową częścią zestawu są naczynia do posiłków, czyli talerz głęboki (miseczka), talerz płytki, kubek, widelec i łyżka. Całość przeznaczona jest dla maluchów, które podejmują już próby samodzielnego spożywania pierwszych posiłków, czyli gdzieś w okolicach roku. Wszystkie elementy są plastikowe i lekkie, dzięki czemu posiłek na pewno będzie bezpieczny.  Zestaw jest ozdobiony motywem sympatycznego psiaka, który na pewno przypadnie do gustu każdemu maluchowi.



Moją uwagę w pierwszej kolejności przyciągnęła miseczka. Zdarzały nam się do tej pory naczynia, których konstrukcja powodowała łatwe wylewanie się zupy lub kaszki – tutaj jest inaczej. Głębokość i kształt naczynia są wystarczające, aby zabezpieczyć płynne posiłki przed łatwym wylewaniem się. Ściany są ustawione wręcz pionowo – jeśli korzystaliście z płytkich misek, których ścianki są ułożone pod skosem to wiecie, że gdy tylko lekko się je przechyli, to jedzenie po prostu wypływa. Jak to działa przy dziecku – nie muszę chyba tłumaczyć. Tutaj jest lepiej – talerz jest dość głęboki, aby zupa czy kaszka nie wypłynęły zbyt łatwo.



Bardzo bezpiecznym elementem zestawu są sztućce – szczególnie widelec. Lekki, plastikowy, nie sprawia trudności w utrzymaniu. Oczywiście nie jest ostry, więc idealnie nadaje się do samodzielnego spożywania pierwszych posiłków. 


Z łyżki my osobiście będziemy na pewno korzystać mniej – ze względu na jej wielkość. Już kilka miesięcy temu kupiliśmy Izie zestaw większych łyżek (też zresztą z Canpolu), więc ta przesłana jest po prostu za mała. Oczywiście jest to kwestia indywidualna i absolutnie nie przesądza o przydatności – w naszym przypadku łyżka powędruje do dziecka znajomych, gdy tylko jakieś się pojawi. Mam zaufanie do produktów Canpol, dlatego spokojnie mogę je przekazać bliskim.



Przydatny jest także dołączony do zestawu kubek z uchwytem. Bardzo lekki i poręczny, idealnie wpisuje się w naukę picia z normalnych, „dorosłych” naczyń. My już od jakiegoś czasu pracujemy nad piciem z kubków bez smoczków czy ustników – dlatego taki prawdziwy na pewno wkrótce nam się przyda.


Naczynia można myć w zmywarce, a posiłki podgrzewać w kuchence mikrofalowej. Warto wcześniej zerknąć do instrukcji, aby sprawdzić jakie maksymalne temperatury zniosą naczynia.


Jedyna rzecz, które brakuje mi przy talerzach, to dolne przyssawki – dzięki takiemu elementowi można mieć nieco większą pewność, że posiłek nie wyląduje na ścianie lub podłodze. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że karmienie i tak przecież odbywa się pod okiem rodzica, to po prostu trzeba jak zwykle pilnować pomysłowego malucha.

Elementem zestawu jest także kubek treningowym z takim samy pieskiem, jak na talerzach. Kubek ma pojemność 320 ml i jest dedykowany dzieciom, które ukończyły pół roku. Nie oznacza to, że nie nada się dla starszego dziecka. Na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że u nas wszelkiego rodzaju niekapki i kubki treningowe dopiero od niedawna faktycznie się przydają.



Kubek z zestawu może być trzymany przez dziecko samodzielnie – ma wyprofilowany kształt oraz wygodny uchwyt z lekko wyginającymi się rączkami.



Ponieważ jest to pierwszy krok w nauce samodzielnego picia kubek wyposażony jest w silikonowy, miękki ustnik, dzięki któremu dziecko na etapie wyrzynania się zębów nie będzie odczuwało dodatkowego dyskomfortu.



Do rozważenia przy wyborze kubka jest jego wielkość. Z zasłyszanych opinii wiem, że niektóre maluchy dopiero nieco później radzą sobie z tak dużym kubkiem – a w ofercie Canpol babies są przecież także mniejsze kubki treningowe, dlatego warto przemyśleć temat i dopasować jego wielkość do gabarytów i preferencji malucha.

Podsumowując: Canpol babies jak zwykle nie zawodzi. Przesłany zestaw jest przyjazny dla dziecka zarówno bezpieczną formą, jak i kolorowym designem. Jako rodzic mam pewność, że naczynia znajdą u nas zastosowanie. Nie muszę się martwić potłuczonym talerzem czy niebezpiecznym widelcem – a misek już kilka nam się potłukło. Teraz jeszcze popracujemy nam jedzeniem, które będzie lądowało wyłącznie w dziecięcej buzi – i jesteśmy w domu!

Osobiście – polecam każdy element zestawu!

Niemowlę w falbankach

03:19

Niemowlę w falbankach


W tym tygodniu mieliśmy w żłobku imprezę z okazji Dni Ojca i Matki. Czekała nas pierwsza taka uroczystość – dzieciaki przygotowane do mini występów, muzyka, tańce i dużo zabawy. Osobiście byłam bardzo zainteresowana tym, w czym wystąpią maluchy – bo poproszono nas, rodziców, o ubranie pociech w stroje galowe. Z moich obserwacji wynika bowiem, że dla większości – niestety, szczególnie mam – zachowanie równowagi pomiędzy wygodą dziecka, a ilością zawieszonych na nim falban i tiulu, jest nie do pojęcia. I po raz kolejny się nie zawiodłam! Zapraszam. 




Na początek prosto z mostu wyjawiam swoją opinię – aby nikt na koniec nie poczuł się urażony lub wkurzony. Nie jestem fanką strojenia małych dzieci – takich do lat 3. Nie dzierżę kreacji, w których dziecko ma przede wszystkim wyglądać, a nie po prostu być dzieckiem. Więcej, jestem nawet antyfanką. Kryterium numer jeden przy wyborze dziecięcych ubrań jest dla mnie wygoda. Dlatego gdy Iza była głównie leżącym berbeciem wolałam jej ubierać rampersy, niż spodenki i wiecznie podwijającą się bluzkę – chociażby nie wiadomo jak piękną i modną. Również dlatego moje dziecko porusza się głównie w spodniach i bodziakach/bluzkach – aby przy pokonywaniu kolejnych przeszkód na drodze (lub schodów) zajmowało ją otoczenie, a nie szmatki, które modowo ambitna matka postanowiła na nią założyć.

Żeby nie było, ja też mam swoje grzeszki na sumieniu – np. leginsy powodujące odparzenia. Ale na szczęście mam też Menża, który jest głosem rozsądku. To on na czas powstrzymuje mnie przed wciśnięciem małej w coś niekoniecznie wygodnego. Rozsądek zwycięża, ale też grzechy są umiarkowane.

Do szału doprowadza mnie widok dzieciaków, które nie mogą się ruszać, bo zostały odziane w jakieś fikuśne konstrukcje. Pamiętam małą dziewczynkę spotkaną kiedyś na spacerze – miała niewiele ponad rok, dopiero uczyła się chodzić. Stała w parku z radosną babcią, która próbowała ją namówić na kolejny krok. Problem polegał na tym, że małą ubrano w tiulową spódniczkę – owszem, ładną, ale też bardzo sztywną – co krępowało ruchy dziecka. Mała była tak skupiona na tej nieszczęsnej spódnicy, że gdy tylko próbowała zrobić krok, zaraz stawała jak wryta. Czy naprawdę nikomu nie przyszło do głowy, żeby dziecko na tym etapie ubrać w coś praktyczniejszego?

Albo kolejna ofiara – na oko trzylatka, którą rodzice wypuścili do piaskownicy w falbaniastej sukienuni. Wszystko fajnie, tyle że mała przy każdej próbie schylenia się po zabawki stawała na sztywno, bo kreacja ewidentnie nie była wygodna. Zaobserwowane na ulicach przykłady mogłabym mnożyć.

Wracając do naszej żłobkowej imprezy – wtorkowy poranek, koniec maja, ponad 25 stopni i robi się coraz cieplej. I co widzę? Kilka dziewczynek w galowych sukienkach z nieoddychającego materiału i dodatkowo na podszewce. Niektóre na długi rękaw. Kilka kreacji o długości poniżej kolana. Niektóre małe gwiazdy w krytych butach i skarpetkach. Trzy w rajstopach – w tym jedna w bawełnianych. Jedna matka się ogarnęła i po wejściu do żłobka zdjęła córce te nieszczęsne rajstopy. Na czas zauważyła, że w żłobku nie ma klimatyzacji. Ogromna mniejszość w sukienkach przewiewnych, jednowarstwowych, z oddychających materiałów.

Sami wybraliśmy prostą, bawełnianą sukienkę – co akurat w naszym wydaniu już było opcją galową. Izie najwyraźniej było wygodnie, nic nie krępowało jej ruchów i mogła w niej zostać przez resztę dnia. Reszta dziewczynek (poza trzema) zaraz po imprezie musiała być przebierana.

Z chłopcami było jakoś lepiej. Poubierani w koszule, zwykle na krótki rękaw, byli jako tako dostosowani do warunków pogodowych. Też zostali później przebrani, ale przynajmniej w trakcie zabaw ubrania nie wpływały na ich zachowanie. Nasza mała grupa kontrolka pokazała, że problem leży bardziej na linii matka – córka.
Kompletnie nie rozumiem tego parcia na robienie z dzieci kukiełek. Co więcej, mam wrażenie, że mnóstwo kobiet (jeśli któraś się wzburzy, to poproszę o listę panów, którzy stylizują swoje dzieci) postrzega swoje córki w kategoriach laleczek do stylizowania, niż żywego dziecka, dla którego ważniejsze jest poznawania świata i bliskość rodzica, niż wielki kwiat na opasce, przysłaniający połowę głowy. 

Abyście lepiej zrozumieli, o co mi chodzi, przytoczę jedną z wypowiedzi, znalezioną kiedyś na pewnym forum [pisownia oryginalna]: „jak dziecku by było nie wygodnie to by płakało i marudziło. mojej córce nie przeszkadza czy sukienka czy pajacyk ona we wszystkim dobrze je spi tyle samo bez znaczenia. nie wszystkie dzieci sa takie "uczulone" na sukienki. dlatego sie ciesze ze mam wymarzona córeczke i moge jej te sukienki ubierac  z synkiem bym juz nie mogła”.

Nigdy nie zapomnę dyskusji z kilkoma paniami ze służby zdrowia, z których każda na wieść o tym, że będę miała córkę, reagowała tak samo: „ooooo, to będzie pani mogła ją stroić/pleść kitki/robić warkoczyki/kupować ciuszki itd.” Po którymś razie po prostu przestałam tłumaczyć, że bardziej interesuje mnie spędzanie czasu z dzieckiem, a nie to, co ono będzie miało na sobie. No nie dogadam się po prostu z kimś, dla kogo priorytetem w wychowaniu córki jest jej strojenie.

Absolutnie nie przekonuje mnie argument typu „bo dziewczynka powinna chodzić w sukienkach” – a niby kto powiedział, że powinna? I po co? Czy przypadkiem nie jest tak, że to dorosłym na tym zależy – bo małe dzieci przeważnie mają to w poważaniu. Jasne, fajnie jest ładnie ubrać malucha, ale przede wszystkim uwzględniając jego wygodę – a nie widzimisię opiekuna. Jak dziecko urośnie, to samo wybierze, w czym będzie chodzić. Na szczęście mamy dość dużą swobodę w tym temacie – z czego my, kobiety, same przecież korzystamy, noszą spodnie o wiele częściej, niż spódnice czy sukienki. Dlaczego więc mamy na siłę upychać dzieciaki w konwencje, w których sami nie tkwimy? Trochę konsekwencji.

Dlatego wszystkim paniom, które na pierwszym miejscu przy wyborze ubrań dla swojego malucha stawiają modę lub „uroczość”, pomijając względy praktyczne, radzę kupić sobie lalkę – ona nie będzie potrzebowała tyle ruchu, ile żywe dziecko, a i kłopotu potencjalnie będzie mniej. I ubranka nie będą się tak brudzić. I nie wyrośnie tak szybko. 

A wszystkim rozsądnym – high five!



Cytat z dostępem z 02.06.2018: 
http://f.kafeteria.pl/temat/f10/po-co-malym-0-3-miesiecznym-dziewczynkom-zaklada-sie-sukienki-p_5586751/2

Blogosfera - edycja majowa. Gramy!

14:03

Blogosfera - edycja majowa. Gramy!

Jak zwykle w ostatni dzien miesiąca, na godzinę przed północą, zgłaszam blog do bieżącej edycji Blogosfery. Chociaż mocno pracuję nad nie robieniem wszystkiego na ostatni moment - jest jak jest. Grunt, że zdążę ;)



W tym miesiącu do przetestowania lub jako nagroda w konkursie jest zestaw z torbą izolacyjną. Przyszły już upały i każdy rodzić małego dziecka wie, że zachowanie odpowiedniej temperatury zapasów może być naprawdę trudne - dlatego bardzo liczę, że taka fajna torba trafi do mnie lub do kogoś z Was.

Jeżeli chcielibyście dowiedzieć się więcej na temat blogowania z Canpolbabies lub planujecie zgłosić swój blog - zapraszam tutaj: https://canpolbabies.com/pl/blogosfera

Póki co trzymajcie kciuki za to, aby blog www.mamasize.pl został wybrany do testów lub organizacji konkursu.


Festiwal głupoty, chamsta i udręki

03:18

Festiwal głupoty, chamsta i udręki


Wiecie, co mnie najbardziej wkurza w obecnej sytuacji z protestem osób niepełnosprawnych? To, że decydentami i sędziami są ludzie, którzy nie powinni w ogóle się wypowiadać – a robią to wciąż i to wyjątkowo autorytarnie. Niesamowicie irytuje mnie odgórne zarządzaniem czyimś życiem i dyktowanie, na co ktoś powinien przeznaczać swoje pieniądze. Do czego ma prawo, a do czego nie. Że ma prawo do pampersów, ale już do wyjścia do kina niekoniecznie. I mówią to osoby, których garnitur kosztuje tyle (albo i więcej), co przeciętna rodzina z niepełnosprawnym dzieckiem ma na przeżycie w skali miesiąca. Szlag mnie trafia. Zapraszam.



Obserwując tę coraz smutniejszą i bardziej żenującą sytuację, w której miłościwie nam panujący robią uniki od odpowiedzialności, a kolejne postaci próbują zbić kapitał popularnościowy na proteście zdesperowanych ludzi myślę sobie, że żyjemy w bardzo smutnym kraju. Smutnym, bo urodzenie niepełnosprawnego dziecka jest wyrokiem nie tylko dla niego, ale dla całej rodziny. Bo rodzice zawsze będą się martwić losem nie tyle swoim, co dziecka, które prawdopodobnie samo nie poradzi sobie po ich śmierci. Smutnym, bo często skazującym kobiety na odcięcie się od całego wcześniejszego życia, bo ktoś musi zająć się chorym dzieckiem. Bo państwo nie pokryje kosztów nawet częściowej opieki – państwo potrafi się tylko martwić, aby chore dziecko przyszło na świat.

Jakim prawem za ocenę matek dzieci niepełnosprawnych i niepełnosprawnych dorosłych biorą się politycy? Mężczyźni z normalnym życiem zawodowym, którzy kompletnie nie wiedzą – bo niby skąd – jak to jest utknąć z dzieckiem w domu. I to nie na rok urlopu macierzyńskiego – ale na całe życie. Bez możliwości wyskoczenia na kawę, modny shopping czy po prostu na kilka godzin samotności. Nie wspomnę już o wyjeździe na weekend czy dłuższy urlop. Namiastkę tego mamy my, kobiety, zajmujące się małymi dziećmi  w pierwszych latach po porodzie – ale tylko namiastkę, bo nieporównywalny jest ciężar opieki nad zdrowym i chorym dzieckiem czy członkiem rodziny.

Żaden facet, który nie doświadczył dłuższej izolacji w czterech ścianach nie może nawet przez chwilę uzurpować sobie prawa do wymądrzania się na temat sytuacji protestujących. Taki to już mamy porządek, że po urodzeniu dziecka mało który mężczyzna zalega miesiącami lub nawet latami w domu, ograniczając swoje codzienne sprawy do prania, sprzątania i zakupów. Nawet najbardziej zaangażowany ojciec ma nadal swoje życie zawodowe, kontaktuje się z ludźmi i zajmuje głowę czymś innym, niż domowe sprawunki. Nikt mi nie powie, że panowie, którzy tak ochoczo wypowiadają się na temat protestujących zawiesili na kilka lat swoje kariery zawodowe i zalegli z potomstwem w domu – pomijając tych, którzy potomstwa i rodziny w ogóle nie mają, a roszczą sobie prawo do najmojszej racji.

Otóż nie – nie mają. Nie mają prawa odmawiać normalnego życia ci, którzy sami w ramach „działalności politycznej” biegają po restauracjach, o czym protestujący mogą tylko pomarzyć. Nie mają prawa wypowiadać się ci, którzy w ramach ponad miesięcznych wakacji podróżują ochoczo po świecie – a tymczasem w Polsce dla osoby niepełnosprawnej wyjście na spacer może być wielkim wysiłkiem.

Jakim prawem ktokolwiek ocenia na co dorośli niepełnosprawni lub ich rodzice chcą wydać wyżebrane od państwa pieniądze? Kto ma czelność powiedzieć, że środki na pampersy się znajdą, ale na drobne przyjemności, z których chętnie korzystają rządzący – takie jak wyjście do restauracji, kina czy teatru – już nie ma pieniędzy.

Całość składa się na obrzydliwy festiwal głupoty, chamsta i udręki. Głupoty, bo tylko tak można nazwać te krótkowzroczne, bardzo negatywne postawy hejterów wobec osób protestujących w sejmie. Pokaz chamstwa i całkowitego braku szacunku dla ludzi, którzy walczą o cząstkę normalności w nienormalnym życiu swoich dzieci, w tym nienormalnym kraju, który nie potrafi objąć ich wystarczającą opieką, z nienormalnie prostackim i oceniającym społeczeństwem. Festiwal udręki, która przedziera się przez każdą wypowiedź protestujących rodziców, mówiących wciąż i wciąż o swoim najczarniejszym scenariuszu – że umierają i ich dzieci zostają same.

Chętnie nałożyłabym naszym rządzącym okulary VR z programem codziennego życia osoby niepełnosprawnej. A jak przejdą wszystkie levele to kolejny – opiekuna dziecka niepełnosprawnego. Skoro nie mają w sobie wystarczającej dawki pokory, aby uszanować swoją niewiedzę i zamilknąć, to być może jakiś poziom doświadczenia poszerzyłby ich horyzonty.

I jeszcze jedno: w całym tym politycznym szambie umyka mądralom jedna rzecz – że los bywa przewrotny.

Rodzicielstwo to nie jest sport dla starych ludzi

03:15

Rodzicielstwo to nie jest sport dla starych ludzi


Ból pleców po wstawaniu z łóżka czy kanapy, nawracający ból głowy, obniżona koncentracja, częściej popełniane drobne błędy, niższa zdolność intelektualna, gorsza jakość wykonywanych czynności, obniżona odporność skutkująca ciągłym przeziębieniem, przechodzącym momentami w poważniejsze infekcje – nie, to nie lista schorzeń  przeciętnego emeryta, ale moje bolączki od ponad roku. Bo chociaż świat próbuje nam wmówić, że matką można zostać kiedy bądź, to osobiście czuję się już trochę za stara na małe dziecko. Zapraszam.



Jeszcze przed urodzeniem Izu otoczenie irytowało nas ciągłymi uwagami w stylu „ooooo, to teraz się już nie wyśpicie”. Pomijam kwestie straszenia oczywistościami – bo chyba każdy w miarę rozgarnięty człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że dziecko kończy okres beztroskiego zarządzania swoim lenistwem. I tak nikt nie jest w stanie ogarnąć skali sprawy z samego opisu, a dopiero czegoś doświadczając, ciosanie więc kołków na bezdzietnej głowie naprawdę niewiele daje. Bardziej skupiłabym się na tym, jak budowana jest wizja tego okresu rodzicielskiego męczeństwa i poświęcenia – ano głównie wszystko skupia się na okresie niemowlęcym. Że trzeba wstawać w nocy bo mokro, bo głodne, bo ma kolki itd. Nie bardzo słychać głosy na temat tego, że ten stan może trwać latami – a dowiadujemy się o tym dopiero gdzieś w rodzicielskich kuluarach, gdy w trakcie rozmów z innymi mamami i tatami pada słynne „ja to nie przespałem/łam od ..... (tu wstaw odpowiednio: dwóch, trzech lub czterech) lat jednej całej nocy”. Bam!

I żeby nie było, że cieniara, nie wyśpi się kilka nocy i marudzi. Przez pierwsze pół roku było naprawdę ok, bo nasze zaledwie czteromiesięczne dziecko potrafiło przespać ciurkiem sześć lub siedem godzin. Natomiast od kilku miesięcy nie dość, że przeciętnie zasypia pomiędzy 21:00 a 22:00, a przed tym albo biega jak na amfetaminie, albo jęczy ze zmęczenia (a jednocześnie spać nie chce, każdy rodzic zna ten stan), to w nocy mamy co najmniej jedną pobudkę – i ostateczną około 5:30. Ja i tak mam super dobrze, jako że nocne wstawanie w ogromnej większości ogarnia Monż i to on dzierży palmę pierwszeństwa w zawodach na rodzicielski przegryw roku. Ale co z tego, kiedy suma summarum nie wysypiamy się oboje – i to non stop od kilku miesięcy.

Prawda jest taka, że czuję się już za stara na małe dziecko. Po ponad roku zmagań z ukochanym małym człowiekiem czuję wyraźne ubytki w siłach intelektualnych oraz fizycznych. Matka Natura jest mądrzejsza od nas, współczesnych matek po 30-tce i pewnie śmieje się do rozpuku, gdy po raz kolejny wstajemy z łóżka trzymając się za bolące plecy lub próbujemy skupić się nad zapamiętaniem prostego tekstu.

Dużo trudniej jest się zregenerować w wieku 34 lat, niż dziesięć lat wcześniej. To tak jak z imprezowaniem: w okolicach studiów można niedosypiać przez okrągły tydzień, a rano i tak wstać na zajęcia. Teraz nie dość, że w klubie zasypiamy około 23:00, to po kacu dochodzimy do siebie kolejne dwa dni.

Dlatego jak słyszę, że ktoś radośnie planuje dużą rodzinę, nie urodziwszy powyżej 30-stki jeszcze nawet jednego dziecka, to trochę się śmieję, trochę współczuję, a trochę czekam na wrażenia po kilku miesiącach odchowania pierwszego malucha. Bo owszem, można mieć niemowlę w zasadzie tak długo, jak biologia nam na to pozwala – wszystko teoretycznie można. Tyle, że jakość tego późnego rodzicielstwa pod wieloma względami będzie gorsza.

Bo każdy rodzic ma pierwszy okres radosnej euforii, w której popyla na skrzydłach adrenaliny, tyle, że ten czas się kiedyś wyczerpie. I szczególnie wtedy, gdy kończy się urlop macierzyński, a dziecko absolutnie nie przestawia się jak w zegarku na to śpiące i bardziej samowystarczalne, jest trudno.

Dużo mówi się o wychowaniu dziecka w kontekście intelektualnym – że dobra szkoła czy przedszkole, metody wychowawcze takie czy inne, że książki, muzyka itd. Mało natomiast słyszymy o tym, że rodzicielstwo to także ciężka praca fizyczna, która wymaga noszenia ciężarów i bycia na ciągłym stand by-u. To gigantyczny wysiłek doprowadzający nasz organizm momentami  do punktu, w którym boli każdy mięsień, każda kończyna, a mimo to trzeba wstać i wyciągnąć awanturującego się malucha z piaskownicy metodą „na worek kartofli” – bo nikt inny za nas tego nie zrobi. Że ze względu na to narastające wycieńczenie częściej chorujemy i nasza aktywność mocno maleje, dobijając momentami do poziomu „zrobić-absolutne-minimum-potrzebne-do-przeżycia”. Bez sprzątania, prasowania czy rozrywek intelektualnych, bo nagle przestają być ważne.

I właśnie ze względu na całe powyższe – im szybciej, tym lepiej.

Copyright © 2017 Mama Size