Festiwal głupoty, chamsta i udręki

03:18

Festiwal głupoty, chamsta i udręki


Wiecie, co mnie najbardziej wkurza w obecnej sytuacji z protestem osób niepełnosprawnych? To, że decydentami i sędziami są ludzie, którzy nie powinni w ogóle się wypowiadać – a robią to wciąż i to wyjątkowo autorytarnie. Niesamowicie irytuje mnie odgórne zarządzaniem czyimś życiem i dyktowanie, na co ktoś powinien przeznaczać swoje pieniądze. Do czego ma prawo, a do czego nie. Że ma prawo do pampersów, ale już do wyjścia do kina niekoniecznie. I mówią to osoby, których garnitur kosztuje tyle (albo i więcej), co przeciętna rodzina z niepełnosprawnym dzieckiem ma na przeżycie w skali miesiąca. Szlag mnie trafia. Zapraszam.



Obserwując tę coraz smutniejszą i bardziej żenującą sytuację, w której miłościwie nam panujący robią uniki od odpowiedzialności, a kolejne postaci próbują zbić kapitał popularnościowy na proteście zdesperowanych ludzi myślę sobie, że żyjemy w bardzo smutnym kraju. Smutnym, bo urodzenie niepełnosprawnego dziecka jest wyrokiem nie tylko dla niego, ale dla całej rodziny. Bo rodzice zawsze będą się martwić losem nie tyle swoim, co dziecka, które prawdopodobnie samo nie poradzi sobie po ich śmierci. Smutnym, bo często skazującym kobiety na odcięcie się od całego wcześniejszego życia, bo ktoś musi zająć się chorym dzieckiem. Bo państwo nie pokryje kosztów nawet częściowej opieki – państwo potrafi się tylko martwić, aby chore dziecko przyszło na świat.

Jakim prawem za ocenę matek dzieci niepełnosprawnych i niepełnosprawnych dorosłych biorą się politycy? Mężczyźni z normalnym życiem zawodowym, którzy kompletnie nie wiedzą – bo niby skąd – jak to jest utknąć z dzieckiem w domu. I to nie na rok urlopu macierzyńskiego – ale na całe życie. Bez możliwości wyskoczenia na kawę, modny shopping czy po prostu na kilka godzin samotności. Nie wspomnę już o wyjeździe na weekend czy dłuższy urlop. Namiastkę tego mamy my, kobiety, zajmujące się małymi dziećmi  w pierwszych latach po porodzie – ale tylko namiastkę, bo nieporównywalny jest ciężar opieki nad zdrowym i chorym dzieckiem czy członkiem rodziny.

Żaden facet, który nie doświadczył dłuższej izolacji w czterech ścianach nie może nawet przez chwilę uzurpować sobie prawa do wymądrzania się na temat sytuacji protestujących. Taki to już mamy porządek, że po urodzeniu dziecka mało który mężczyzna zalega miesiącami lub nawet latami w domu, ograniczając swoje codzienne sprawy do prania, sprzątania i zakupów. Nawet najbardziej zaangażowany ojciec ma nadal swoje życie zawodowe, kontaktuje się z ludźmi i zajmuje głowę czymś innym, niż domowe sprawunki. Nikt mi nie powie, że panowie, którzy tak ochoczo wypowiadają się na temat protestujących zawiesili na kilka lat swoje kariery zawodowe i zalegli z potomstwem w domu – pomijając tych, którzy potomstwa i rodziny w ogóle nie mają, a roszczą sobie prawo do najmojszej racji.

Otóż nie – nie mają. Nie mają prawa odmawiać normalnego życia ci, którzy sami w ramach „działalności politycznej” biegają po restauracjach, o czym protestujący mogą tylko pomarzyć. Nie mają prawa wypowiadać się ci, którzy w ramach ponad miesięcznych wakacji podróżują ochoczo po świecie – a tymczasem w Polsce dla osoby niepełnosprawnej wyjście na spacer może być wielkim wysiłkiem.

Jakim prawem ktokolwiek ocenia na co dorośli niepełnosprawni lub ich rodzice chcą wydać wyżebrane od państwa pieniądze? Kto ma czelność powiedzieć, że środki na pampersy się znajdą, ale na drobne przyjemności, z których chętnie korzystają rządzący – takie jak wyjście do restauracji, kina czy teatru – już nie ma pieniędzy.

Całość składa się na obrzydliwy festiwal głupoty, chamsta i udręki. Głupoty, bo tylko tak można nazwać te krótkowzroczne, bardzo negatywne postawy hejterów wobec osób protestujących w sejmie. Pokaz chamstwa i całkowitego braku szacunku dla ludzi, którzy walczą o cząstkę normalności w nienormalnym życiu swoich dzieci, w tym nienormalnym kraju, który nie potrafi objąć ich wystarczającą opieką, z nienormalnie prostackim i oceniającym społeczeństwem. Festiwal udręki, która przedziera się przez każdą wypowiedź protestujących rodziców, mówiących wciąż i wciąż o swoim najczarniejszym scenariuszu – że umierają i ich dzieci zostają same.

Chętnie nałożyłabym naszym rządzącym okulary VR z programem codziennego życia osoby niepełnosprawnej. A jak przejdą wszystkie levele to kolejny – opiekuna dziecka niepełnosprawnego. Skoro nie mają w sobie wystarczającej dawki pokory, aby uszanować swoją niewiedzę i zamilknąć, to być może jakiś poziom doświadczenia poszerzyłby ich horyzonty.

I jeszcze jedno: w całym tym politycznym szambie umyka mądralom jedna rzecz – że los bywa przewrotny.

Rodzicielstwo to nie jest sport dla starych ludzi

03:15

Rodzicielstwo to nie jest sport dla starych ludzi


Ból pleców po wstawaniu z łóżka czy kanapy, nawracający ból głowy, obniżona koncentracja, częściej popełniane drobne błędy, niższa zdolność intelektualna, gorsza jakość wykonywanych czynności, obniżona odporność skutkująca ciągłym przeziębieniem, przechodzącym momentami w poważniejsze infekcje – nie, to nie lista schorzeń  przeciętnego emeryta, ale moje bolączki od ponad roku. Bo chociaż świat próbuje nam wmówić, że matką można zostać kiedy bądź, to osobiście czuję się już trochę za stara na małe dziecko. Zapraszam.



Jeszcze przed urodzeniem Izu otoczenie irytowało nas ciągłymi uwagami w stylu „ooooo, to teraz się już nie wyśpicie”. Pomijam kwestie straszenia oczywistościami – bo chyba każdy w miarę rozgarnięty człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że dziecko kończy okres beztroskiego zarządzania swoim lenistwem. I tak nikt nie jest w stanie ogarnąć skali sprawy z samego opisu, a dopiero czegoś doświadczając, ciosanie więc kołków na bezdzietnej głowie naprawdę niewiele daje. Bardziej skupiłabym się na tym, jak budowana jest wizja tego okresu rodzicielskiego męczeństwa i poświęcenia – ano głównie wszystko skupia się na okresie niemowlęcym. Że trzeba wstawać w nocy bo mokro, bo głodne, bo ma kolki itd. Nie bardzo słychać głosy na temat tego, że ten stan może trwać latami – a dowiadujemy się o tym dopiero gdzieś w rodzicielskich kuluarach, gdy w trakcie rozmów z innymi mamami i tatami pada słynne „ja to nie przespałem/łam od ..... (tu wstaw odpowiednio: dwóch, trzech lub czterech) lat jednej całej nocy”. Bam!

I żeby nie było, że cieniara, nie wyśpi się kilka nocy i marudzi. Przez pierwsze pół roku było naprawdę ok, bo nasze zaledwie czteromiesięczne dziecko potrafiło przespać ciurkiem sześć lub siedem godzin. Natomiast od kilku miesięcy nie dość, że przeciętnie zasypia pomiędzy 21:00 a 22:00, a przed tym albo biega jak na amfetaminie, albo jęczy ze zmęczenia (a jednocześnie spać nie chce, każdy rodzic zna ten stan), to w nocy mamy co najmniej jedną pobudkę – i ostateczną około 5:30. Ja i tak mam super dobrze, jako że nocne wstawanie w ogromnej większości ogarnia Monż i to on dzierży palmę pierwszeństwa w zawodach na rodzicielski przegryw roku. Ale co z tego, kiedy suma summarum nie wysypiamy się oboje – i to non stop od kilku miesięcy.

Prawda jest taka, że czuję się już za stara na małe dziecko. Po ponad roku zmagań z ukochanym małym człowiekiem czuję wyraźne ubytki w siłach intelektualnych oraz fizycznych. Matka Natura jest mądrzejsza od nas, współczesnych matek po 30-tce i pewnie śmieje się do rozpuku, gdy po raz kolejny wstajemy z łóżka trzymając się za bolące plecy lub próbujemy skupić się nad zapamiętaniem prostego tekstu.

Dużo trudniej jest się zregenerować w wieku 34 lat, niż dziesięć lat wcześniej. To tak jak z imprezowaniem: w okolicach studiów można niedosypiać przez okrągły tydzień, a rano i tak wstać na zajęcia. Teraz nie dość, że w klubie zasypiamy około 23:00, to po kacu dochodzimy do siebie kolejne dwa dni.

Dlatego jak słyszę, że ktoś radośnie planuje dużą rodzinę, nie urodziwszy powyżej 30-stki jeszcze nawet jednego dziecka, to trochę się śmieję, trochę współczuję, a trochę czekam na wrażenia po kilku miesiącach odchowania pierwszego malucha. Bo owszem, można mieć niemowlę w zasadzie tak długo, jak biologia nam na to pozwala – wszystko teoretycznie można. Tyle, że jakość tego późnego rodzicielstwa pod wieloma względami będzie gorsza.

Bo każdy rodzic ma pierwszy okres radosnej euforii, w której popyla na skrzydłach adrenaliny, tyle, że ten czas się kiedyś wyczerpie. I szczególnie wtedy, gdy kończy się urlop macierzyński, a dziecko absolutnie nie przestawia się jak w zegarku na to śpiące i bardziej samowystarczalne, jest trudno.

Dużo mówi się o wychowaniu dziecka w kontekście intelektualnym – że dobra szkoła czy przedszkole, metody wychowawcze takie czy inne, że książki, muzyka itd. Mało natomiast słyszymy o tym, że rodzicielstwo to także ciężka praca fizyczna, która wymaga noszenia ciężarów i bycia na ciągłym stand by-u. To gigantyczny wysiłek doprowadzający nasz organizm momentami  do punktu, w którym boli każdy mięsień, każda kończyna, a mimo to trzeba wstać i wyciągnąć awanturującego się malucha z piaskownicy metodą „na worek kartofli” – bo nikt inny za nas tego nie zrobi. Że ze względu na to narastające wycieńczenie częściej chorujemy i nasza aktywność mocno maleje, dobijając momentami do poziomu „zrobić-absolutne-minimum-potrzebne-do-przeżycia”. Bez sprzątania, prasowania czy rozrywek intelektualnych, bo nagle przestają być ważne.

I właśnie ze względu na całe powyższe – im szybciej, tym lepiej.

7 porad: jak wybrać dobrą prywatną opiekę medyczną?

07:53

7 porad: jak wybrać dobrą prywatną opiekę medyczną?


Tak, wiem, że długi weekend i że pewnie szukacie najlepszego sposobu na wypoczynek. I tak trzymać! Mamy o tej porze roku także sezon kichania i intensywnego pocierania nosa – czyli sezon na alergie. Nas też dopadło i nie jest przyjemnie. To oznacza rychłe wizyty u lekarza, a akurat alergolog należy do tych najbardziej obleganych. Jeśli więc chcecie wiedzieć, jak ominąć kolejki i dostać się do specjalisty prywatnie za mniejsze pieniądze, zapraszam.



Jak pisałam w poprzednim artykule (czyli tutaj) gdy zaczynamy intensywniej korzystać z usług publicznej służby zdrowia – a pojawienie się na świecie dziecka jest przeważnie takim momentem – zaczynamy coraz bardziej zgrzytać zębami i zastanawiać się, gdzie idą nasze składki zdrowotne. Przy kolejnej próbie zarejestrowania się do specjalisty zwykle dochodzimy do wniosku, że nie ma wyboru i trzeba iść na wizytę prywatną.

Teraz mała podpowiedź: jeżeli chodzicie do specjalistów w miarę regularnie, warto zastanowić się nad kompleksową ochroną zdrowia w postaci pakietu prywatnej opieki medycznej. Może się bowiem okazać, że w kwocie, którą płacimy za pojedynczą wizytę będziemy mieli dostęp do ponad 20 lekarzy – i to bez limitu i skierowań. Brzmi fajnie, prawda? Zanim jednak skusicie się na jakąś super ofertę podpowiem Wam jak wybrać pakiet najlepszy dla siebie – bo wbrew pozorom nie ma jedynej najlepszej propozycji, a poza pieniędzmi decydująca może być na przykład nasza lokalizacja.

Analizę zacznijmy od najistotniejszego czynnika – czyli pieniędzy. Jeżeli zaczynacie myśleć o wyborze jakiegoś pakietu prywatnej opieki medycznej, to zapewne w niedalekiej przeszłości bywaliście u lekarzy specjalistów co najmniej raz na kilka tygodni. Tutaj kalkulacja jest prosta – jeśli średni koszt na wizyty to około 100 zł w skali półrocza lub roku, to opłacanie ich pojedynczo nie ma żadnego sensu, ponieważ miesięcznie za dostęp (nieograniczony) do 7 specjalistów możesz zapłacić niecałe 50 zł (sprawdź przykładową promocję tutaj).

Jeżeli natomiast obecnie nie chodzicie do lekarzy, bo boicie się wydatków – pakiet także będzie rozwiązaniem dla Was. Na początek zastanówcie się do których specjalistów chcecie się wybrać. Zorientujcie się ile kosztuje wizyta i jak długo trzeba na nią czekać. Nie zawsze prywatnie oznacza szybko – dla przykładu moja ginekolog od prowadzenia ciąży ma terminy zajęte na cztery tygodnie do przodu, a przyjmuje tylko prywatnie. Przeliczcie koszty roczne i porównajcie z cennikami popularnych ofert prywatnej opieki medycznej – dla przykładu tutaj.

Kiedy taka oferta nie będzie korzystna finansowo? Wtedy, gdy jesteśmy pewni swojego dobrego stanu zdrowia i rzadko chodzimy do specjalistów (np. raz na dwa lub trzy lata) lub gdy danego specjalistę mamy „pod ręką”. Są takie miejscowości, w których dobry ginekolog w miejscowej przychodni przyjmuje w miarę szybko i wtedy faktycznie nie ma sensu płacić dodatkowo.

Drugi czynnik, który trzeba wziąć pod uwagę, to dostępność placówek. I tu uwaga – analizując oferty prywatnych ubezpieczycieli zwracajcie uwagę na to, które placówki ma gwarantowane w pakiecie, ponieważ na niektóre są limity lub tylko zniżki. Dostępność lekarzy w różnych częściach kraju będzie szczególnie istotna dla osób podróżujących – dla przykładu jeżeli w pracy ponad połowę czasu spędzamy w delegacjach, to chcemy mieć nieograniczony dostęp do lekarzy gdziekolwiek, a nie lawirować ciągle z kalendarzem w ręku.

Kolejną ważną kwestią jest dostępność lekarzy w weekendy i święta. To jest gorący temat szczególnie teraz, gdy nasi rządzący wprowadzili cudowną sieć szpitali, kończąc jednocześnie umowy z mniejszymi przychodniami. Tutaj posłużę się własnym podwórkiem – do końca 2017 roku mogliśmy w ramach weekendowej i świątecznej opieki medycznej przejść się do pediatry dwie ulice dalej, gdzie zwykle oczekiwanie trwało maks kwadrans. Teraz pozostaje nam tylko szpital dziecięcy, w którym zawsze jest długa kolejka oczekujących.

Z pediatrami ważne są także dostępy w godzinach popołudniowych i wieczornych. Cóż, dzieci chorują często i zawalanie dnia pracy, bo znowu katar, może bardzo mocno komplikować życie – i taki gabinet dostępny np. około 17:00 będzie na wagę złota.

Kolejna ważna kwestia, na którą zwykle zwracamy uwagę dopiero na etapie nacięcia się na kruczek w umowie, są limity na wizyty u specjalistów i badania. Niestety niektóre oferty mają dopisane drobnym drukiem, że pacjent może skorzystać z usług specjalistów maksymalnie kilka lub kilkanaście razy do roku. „Najlepsza” oferta, jaką było mi dane do tej pory analizować była następująca: miesięczny abonament wynosił 130 zł, co rocznie dawało 1560 zł. W tej kwocie pacjent mógł skorzystać z 3 (słownie: trzech) wizyt u specjalistów! Wizyty te pojedynczo kosztowałyby nie więcej, niż 200 zł (zerkałam w cenniki). Absurd? Raczej kabaret.

Jest jeszcze jeden kruczek w ofertach prywatnej opieki medycznej – skierowania do specjalistów. Bardzo często firmy szczycą się tym, że dają klientom szeroki dostęp do lekarzy, a gdzieś drobnym drukiem jest lista gabinetów, do których bez skierowania i tak się nie dostaniemy. W sumie musimy więc pójść do lekarza dwa razy – po skierowanie i do właściwego specjalisty. Lepiej wybrać taką opiekę, w której skierowania nie potrzeba, a wizyty są bez limitu.

No i na koniec jeszcze jedna kwestia – która być może powinna być na początku. Mówię tu o terminach oczekiwania na wizytę. Tutaj także warto się upewnić, jaki czas oczekiwania deklaruje ubezpieczyciel. Dla przykładu: Monż mój korzystając z prywatnej opieki medycznej, którą zapewnia mu pracodawca, na wizytę do neurologa musiał czekać prawie miesiąc. Tutaj na pewno bardzo korzystna będzie opcja zarezerwowania wizyty na dwa lub trzy dni później. Z doświadczenia wiem, że szczególnie okulista lub dermatolog/alergolog mogą być potrzebni „na wczoraj” i czekanie tygodniami jest absolutnie wykluczone.

Na koniec mogłabym napisać o szeregu korzyści i potrzeb, takich jak dbanie o zdrowie swoje i najbliższych, regularne badania, sezonowa profilaktyka i inne – myślę jednak, że sami najlepiej czujecie, czy temat jest Wam bliski i czy macie akurat teraz potrzebę skorzystania z jakiejś opcji pakietu prywatnej opieki medycznej. Jeśli będziecie ją mieć w przyszłości – zapraszam jeszcze raz do lektury. Być może wówczas powyższa analiza  będzie Wam pomocna.

Jeżeli rozglądacie się za jakąś propozycją dla siebie zapraszam tutaj.

Kwietniowa Blogosfera - gramy!

12:32

Kwietniowa Blogosfera - gramy!

Majówka już za chwilę, ale trzeba jeszcze pamiętać o kwietniowej Blogosferze. W tym miesiącu do przetestowania lub wygrania w konkursie jest zestaw Cute animals dla nieco starszych dzieciaków. Ja się cieszę, bo akurat idealny dla mojej Izy :) Zestaw możecie zobaczyć poniżej.



Przypominam, że w Blogosferze może wziąć udział każdy, kto prowadzi bloga. Więcej na ten temat można znaleźć na stronie Canpol babies: https://canpolbabies.com/pl/blogosfera.

W tym miesiącu każde wyjście byłoby dobre: jeśli uda nam się dostać zestaw do testowania, to super, bo właśnie zbieramy się do zakupu, jeżeli natomiast będzie nam dane zorganizować konkurs - to jeszcze większa radość!

Dlatego trzymajcie kciuki, a wyniki podam już niedługo.
Granice władzy i granice nadziei

06:58

Granice władzy i granice nadziei


Tym razem będzie w miarę krótko, bo temat nie bardzo potrzebuje szczególnych rozwinięć. Od kilu dni, podobnie jak setki tysięcy osób na całym świecie, śledzę sprawę Alfiego Evansa, który zmarł wczoraj. Jako rodzic codziennie, godzina po godzinie, myślę o tej obcej dla mnie rodzinie, której sytuacja jest dla mnie tak absurdalnie straszna, że aż niepojęta. Nie rozumiem, jak w obliczu jakiejkolwiek nadziei na poprawę losu małego człowieka można zamknąć mu tę drogę. Kto rości sobie ostateczne prawo do decydowania o tym, co jest dla dziecka lepsze, a co gorsze. W tej sprawie wciąż mamy zbyt dużo pytań, zbyt wiele domysłów i za mało odpowiedzi. Zapraszam.



Najpierw emocje. Napisać, że pęka mi serce, będzie trochę nie na miejscu. Jako rodzic silne współodczuwam to, co się dzieje, bo w każdym ujęciu małego Alfiego widzę moje własne dziecko. To naturalny mechanizm, który pozwala gatunkowi dbać wspólnie o potomstwo. Tak to już jest biologicznie uwarunkowane, że stado troszczy się o ogół maluchów. Całkowicie gratis przyszło wiadro złości, frustracji i niemocy – nie mogę pojąć, jak bardzo można wtłoczyć człowieka w mechanizm bezdusznego systemu, który odbiera kawałek po kawałku nadzieję, na koniec w milczeniu przyglądając się dziecięcej agonii. Nie rozumiem tej bezduszności, nadmiernego przywiązania do litery prawa i całkowitego braku zwykłego, ludzkiego współczucia i chęci pomocy. Po prostu nie rozumiem.

Po drugie – prawo. Sprawa Alfiego Evansa stawia pytanie o granice władzy rodzicielskiej. Jestem zdania, że jakieś granice powinny być. Dziecko nie jest niczyją własnością i zarówno rodzice, jak i państwo, powinni współdziałać w celu jego ochrony i jak najlepszego rozwoju. Zdarza się, że rodzic swoim zachowaniem może doprowadzić do krzywdy malucha i wtedy trzeba interweniować. W tym konkretnym przypadku to sąd i lekarze zadecydowali za rodziców kiedy dziecko ma zakończyć swoje życie. I chociaż pojawiła się inna placówka oferująca pomoc, to tej opcji nie pozwolono rodzicom wykorzystać. I wiecie co – to jest tu chyba najgorsze. Bo gdyby pozwolono zabrać chłopca do Włoch i tam by potwierdzono diagnozę, to sprawy by nie było. Owszem, byłoby nam smutno, ale historia nie nabrałaby aż takiego echa i wymiaru teorii spiskowej.

Po trzecie – teorie spiskowe. Wystarczy wejść na jakąkolwiek stronę, aby przeczytać niezliczoną ilość teorii, wskazujących na utajnione powody takiej, a nie innej strategii zastosowanej przez brytyjski sąd oraz lekarzy. Dodając do tego szczyptę dezinformacji, mamy wybuchową mieszankę podburzającą społeczności na całym świecie. Nie mamy za to możliwości zweryfikowania czegokolwiek, więc wyjaśnienie po raz kolejny z poziomu rzetelnej wiedzy przeniesie się na poziom wiary. Chociaż trzeba przyznać, że fakt, iż w sprawie, poza Watykanem, nie zabrał głosu żaden przedstawiciel ważnej organizacji czy polityk, może wyglądać podejrzanie – tym bardziej biorąc pod uwagę skalę rozgłosu.

Po czwarte – wizerunek. Nie oszukuję się i wiem, że globalnie sprawa Alfiego pewnie niewiele zmieni. Założę się jednak, że dla wielu osób już na zawsze trzecie royal baby będzie się kojarzyło z małym, nikomu wcześniej nieznanym chłopcem, który walczył o życie jeszcze pięć dni po odłączeniu od aparatury podtrzymującej oddech. Bo krążącego po sieci zestawienia uśmiechniętej księżnej Kate po narodzinach dziecka z mamą Alfiego obejmującą umierającego synka, nie mogli wymyśleć nawet najlepsi pisarze podejmujący tematykę losu angielskiej biedoty.

Naprawdę nie pojmuję tego, co się stało. Jest mi niesamowicie smutno, że rodzinie nie pozwolono skorzystać z ostatniej nadziei na zmianę losu – bez względu na finał. To jest po prostu nie do wybaczenia. Mam nadzieję, że osoby tak łatwo ferujące wyroki zostaną kiedyś za nie rozliczone – w ten czy inny sposób. Trzymam za to kciuki.


Czy przesada jest konieczna

06:07

Czy przesada jest konieczna


Miałam dziś napisać o czymś zupełnie innym, ale przypadkiem trafiłam na tekst na temat publikowania wizerunku kobiety niedługo po urodzeniu dziecka. I po raz kolejny uderzyła mnie nie tylko zajadłość w dyskusji kobiety kontra kobiety, a nawet matki kontra matki. Bo jedna po porodzie wskoczyła w leginsy, a inna latała po szpitalu w koszuli i siatkowanych majtach – no i odwieczny dylemat, która lepsza, właściwsza, bardziej na miejscu. Ale tym razem ja nie o tym. Chciałabym poruszyć kwestię aktu protestu, który pojawia się w ostatnich latach bardzo często w kontekście macierzyństwa – a o który wiele kobiet ma pretensje. Zapraszam.



Sprawa dotyczy jednego ze zdjęć  autorstwa Zuzy Krajewskiej, na którym Agata ‘Endo’ Nowicka pozuje ze swoim małym dzieckiem. Ubrana w bieliznę, z której wystaje skrzydełko podpaski, pokazuje brzuch, któremu daleko do ideału lansowanego przez fit mamy i celebrytki. Przekaz jest wyraźny – tak to właśnie wygląda. Publikacja wywołała wiele słów oburzenia, część popiera, bo wreszcie ktoś pokazuje prawdę, część nie, bo przecież jak się chce, to się można spiąć i tak nie wyglądać. Co istotne, sporo osób uważa, że te zdjęcia są przesadzone. Bo mogą zniechęcać młode kobiety, bo prawdziwa matka ogarnie dom, siebie, dziecko. Owszem, są przesadzone, ale inaczej być nie może – i już tłumaczę dlaczego.

Do zmiany zwykle doprowadza wybuch, a do wybuchu nagromadzenie emocji. Jeśli wszystko mieści się w granicach akceptowalnych przez jednostkę, to nie ma ona powodu do protestu. Mówiąc krótko – jeśli wszystko jest ok, to nie ma po co protestować. Problem zaczyna się wtedy, kiedy pewne zjawiska nam nie odpowiadają i wraz z ich narastaniem czujemy się źle. Wiele kobiet nie akceptuje wyśrubowanych norm przedstawianych przez wszechobecne media – fit mamy o płaskich brzuchach miesiąc po porodzie, celebrytki z pełny makijażem i wypacykowanym bobasem u piersi. Niby wszyscy wiedzą, że to tak nie wygląda, ale gdy dopada nas rzeczywistość przychodzi ogromne rozczarowanie i frustracja. I w końcu dochodzi do głosu nie tylko myśl „ojej, oszukali mnie”, ale też przyjazna refleksja dotycząca dziewczyn, które dopiero to czeka – bo po co mają przechodzić to samo rozczarowanie i tę samą frustrację? I po to między innymi także te głosy protestu.

Protest musi być przejaskrawiony – i to z dwóch powodów. Po pierwsze ze względu na te wspomniane wcześniej nagromadzone emocje. I tego mechanizmu chyba, Drogie Panie, nie muszę Wam tłumaczyć (panom zapewne również). Ileż to razy boczymy się na naszych partnerów i w końcu wybuchamy, jak mu się uzbiera. Nie mówię, że to dobrze – mówię, że tak jest. Dokładnie taki sam mechanizm panuje tutaj – w społeczeństwie zdarzają się przypadki niezadowolenia i im więcej ich jest, tym bardziej poszczególni przedstawiciele grupy będą się buntować. Gdy dojdzie do wybuchu niezadowolenia te emocje muszą znaleźć ujście. Stąd też te wszystkie hardcorowe zdjęcia, opisy i porównania wyrażane głównie w słowach poparcia. Czara się przelała, dość już lukrowanych fotek, pora na twardą, mocną w odbiorze prawdę. Pod takim zdjęciem „prawdziwej kobiety po porodzie” zawsze znajdzie się mnóstwo komentarzy wyrażających wsparcie, bo w końcu ktoś pokazał, jak to naprawdę może wyglądać. Takie akcje są pewnym wentylem dla poczucia niesprawiedliwości i krzywdy tych z nas, które czują się nie tylko oszukane, ale wręcz na siłę wtłaczane w normy nie do zaakceptowania.

Drugim powodem przejaskrawienia jest pozycja edukacyjno-negocjacyjna. Tylko dzięki mocnemu przekazowi można dotrzeć do szerokiej publiczności. Gdyby zdjęcia były społecznie poprawne, a przekaz domyślny, prawdopodobnie nie zyskałyby rozgłosu odpowiedniego do przeprowadzanie kampanii społecznej – a tylko ona może zmienić szerszy sposób myślenia. Mówiąc wprost – szok jest najlepszym sposobem na reklamę, bo wtedy więcej i częściej się o czymś mówi. Poza tym wydaje mi się, że to jednak dobrze, że buduje się świadomość młodych kobiet na temat macierzyństwa. Bo nie wiem, czy istnieje jakikolwiek program nauczania, który pokazałby realnie jak zmienia się ciało kobiety w ciąży i w połogu. Filtrowanych zdjęć pięknych, okrągłych ciążowych brzuchów nie liczę, a tylko takie znajdziemy w kolorowych czasopismach lub na portalach dla mam.

Do tego zawsze trzeba mieć na uwadze pewien relatywizm czasowy – to, co dla nas jest nowe i szokujące, dla naszych dzieci może być codziennością lub całkowitą prehistorią. Warto jednak wspierać kobiece inicjatywy, które promują wolność wyboru. Wolność, czyli możliwość dowolnego spojrzenia na swoje ciało, wybór ubrania do porodu czy samodzielne postanowienie o tym, kiedy i czy w ogóle chcę dochodzić do wagi sprzed ciąży.

Bo na tym właśnie, Moje Drogie, polega wolność. Nie na tym, że te protestujące rozlazłe baby w siatkowanych gaciach narzucają Wam nie noszenie leginsów, nic podobnego. Ale na tym, że tak jak Wy możecie nosić leginsy, tak one walczą o prawo do noszenia siatkowanych gaci. Mamy różne wrażliwości, jesteśmy inne, dlatego nie możemy wszystkie wchodzić w te same ramy, a już na pewno naganne jest ocenianie innych z poziomu własnej pozycji jako jedynej słusznej. A ponieważ dziś telepiemy się pomiędzy okładkową wizją kobiecości, a twardą rzeczywistością – i przestrzeń pomiędzy nimi jest naprawdę duża – tak warto, myślę, znaleźć w tej przestrzeni swoje miejsce i po prostu dać żyć innym.


Zestaw Sweet fun od Canpol babies - recenzja

04:44

Zestaw Sweet fun od Canpol babies - recenzja

W ostatniej Blogosferze firma Canpol babies przysłała nam do przetestowania zestaw Sweet fun. Ponieważ składa się on z kilku różnych elementów próby trochę nam zajęły. Jeśli chcecie dowiedzieć się jak produkty wypadają w praktyce – zapraszam.



Na początek użyję określenia, z którego zwykle nie korzystam, ale w tym przypadku zrobię wyjątek – butelki z misiami są po prostu przeurocze. Chociaż zdobienia są dość proste, to ja nie mogę od nich oczu oderwać i takiego misia z większej butelki chciałabym mieć na własnym kubku 😊 teoretycznie po zdjęciu nakrętki kawa by się zmieściła, więc może świsnę młodej?



A teraz serio. Butelki do mleka są dwie – mniejsza, przeznaczona dla dzieci od trzeciego miesiąca oraz większa dla rocznej pociechy. Obie mają silikonowe smoczki. I chociaż teoretycznie butelki  mogą się wydawać bardzo podobne do pozostałych tego typu, to jest jedna rzecz, która je wyróżnia – materiał, z którego są zrobione. Jest to tritan, a więc – zgodnie z informacją producenta – nowoczesny i bezpieczny materiał, nie zawierający BPA. W praktyce obsługa takiej butelki nieco się różni od pozostałych. O ile przed pierwszym użyciem powinniśmy je wygotować we wrzątku przez pięć minut, tak później po każdym użyciu nie wkładamy ich do sterylizatora, tylko przelewamy wrzątkiem. Butelki nie powinno się także wkładać do podgrzewacza, co dla nas osobiście jest problemem, bo non stop z niego korzystamy. Dlatego mniejsza butelka będzie używana przez znajomych do podawania napojów młodszemu maluchowi, natomiast większa zostanie u nas, ale nie do mleka, ale do płynów, których nie trzeba podgrzewać.
Mniejsza butelka ma pojemność 120 ml, większa 250 ml.




Bardzo fajną – bo wielofunkcyjną – opcją jest kubek treningowy przeznaczony dla dzieci od szóstego miesiąca. Treningowy, ponieważ ma miękki ustnik, ale uwaga – nie jest to niekapek. Jest to taki moment, w który maluch już może rezygnować z tej pierwszej butelki, ale jeszcze nie wędruje samodzielnie dzierżąc butelkę. Przy czym do butelek treningowych Canpolu można dokupić inne ustniki – np. niekapiące – dzięki czemu nie wydamy zbędnie pieniędzy na całą butelkę lub kubek, a tylko na jego „wykończenie”. O czym należy pamiętać – ustnik miękki dedykowany jest dzieciom młodszych, którym jeszcze nie wyszły zęby, natomiast ustnik twardy dla tych, które zęby już mają. Chodzi o to, że maluch z zębami będzie chętnie gryzł ustnik i może go szybko uszkodzić.






Ten konkretny kubek treningowy po zdjęciu uchwytów oraz nakrętki z ustnikiem może służyć starszemu dziecku jako zwykły pojemnik do picia. Jeśli więc się na niego zdecydujemy, to będzie służył naszemu maluchowi przez dłuższy czas. Sam uchwyt reaguje na pociągnięcia, nie ma więc opcji, aby mały użytkownik go połamał.

Elementem zestawu jest także ciemno niebieski kubek-niekapek z miękkim ustnikiem. Jest to drugi krok w nauce samodzielnego picia. Kubek ma pojemność 180 ml, jest przeznaczony dla dzieci powyżej 9 miesiąca życia. Butelka jest dość szeroka, a nawet pękata – jeśli dziecko preferuje właśnie takie większe przedmioty, to na pewno ten niekapek przypadnie mu do gustu. Co istotne, kubek ma dość giętkie uchwyty – to jest bardzo ważne na etapie samodzielnego wędrowania z butelką, ponieważ dziecko może nagle wpaść na pomysł, żeby poodchylać rączki i jeśli są one sztywne, to mogą się nadłamać. Kubek jest wykonany z częściowo przezroczystego materiału, dzięki czemu widzimy ile płynu jeszcze zostało w środku. Osobiście wolę takie rozwiązania, ponieważ mogę na bieżąco obserwować ile płynu jeszcze zostało i czy dziecko pije, czy się po prostu bawi niekapkiem.



U nas kubki treningowe i niekapki chyba dopiero zaczynają być używane. Do tej pory po zaledwie kilku łykach Iza przestawała pić i pokazywała palcem na starsze butelki. Od mniej więcej tygodnia popija z niekapka i chyba w końcu idzie tak, jak powinno. Dlatego oba kubki nie tylko stoją w pogotowiu, ale, mam wrażenie, za chwilę będą mocno eksploatowane.








Na koniec smoczek silikonowy. Ten konkretny przeznaczony jest dla dzieciaków w wieku od sześciu do osiemnastu miesięcy. I chociaż nasza mała smoczkowa nie jest, to Canpol ma ode mnie plus za osłonkę do smoczka. Niestety nie wszystkie firmy o to dbają i trzeba dokupować dodatkowe osłonki. Smoczek od Canpol babies zgodnie z informacją od producenta bardzo dobrze się odpowietrza, co przeciwdziała wadom zgryzu. Ci z Was, których dzieciaki bardzo chętnie korzystają ze smoczków wiedzą, że wady zgryzu są często zmorą, dlatego warto zadbać o każdy element, który nas przed nimi uchronią.


Podsumowując, zestaw Sweet fun jest na pewno dobrym punktem wyjścia do kompletowania wyprawki naszego malucha. Obojętnie, czy ma od dopiero miesiąc, czy pół roku – z całej kolekcji na pewno wybierzemy coś odpowiedniego i dostosowanego do wieku dziecka.

Copyright © 2017 Mama Size